Mira?

S?o?ce sta?o wysoko w górze. Jego promienie smaga?y upa?em grzbiet pustynnego kraju. Niemal da? si? s?ysze? trzask ?wiat?a uderzaj?cego w kryszta?y piasku.

U podnó?a pobliskiej wydmy le?a? cz?owiek. Poddawany nieustannym razom s?onecznego ?aru traci? si?y. Traci? nawet wi?cej - traci? bowiem zmys?y.

W?drowali ju? ponad tydzie?, ko?czy?a si? woda, a nie zbli?y? si? nawet o krok do upragnionego celu. Z?a s?awa niego?cinnej Kish, nie by?a bezpodstawna. Od chwili przybycia nieustannie zmaga? si? z aur? tego pustynnego ?wiata. Temperatura znacznie przekracza?a najwi?ksze upa?y, jakie zna? z domu.

Dom - odleg?a Aragonia. Miliardy mil pustki, dzieli?o go teraz od znanych pa?aców, miast, a nawet powietrza, które nie parzy?oby p?uc i skóry na ca?ym ciele. Dla lorda Miguella Juana de la Rochy wszelkie niedogodno?ci i t?sknoty nie by?y jednak równie wa?ne jak to, co przygna?o go w te odludne strony piek?a na ziemi. Nie by?o dla niego nic równie wa?nego jak honor. Honor Hazata, przys?owiowa wr?cz si?a, pchaj?ca cz?onków tego rodu do najbardziej niesamowitych dzia?a?.

To samo przydarzy?o si? Miguellowi. W zupe?nie przypadkowy sposób zapl?ta? si? w t? awantur?, a teraz, nie mia? bladego poj?cia, jak wybrn?? z niej z twarz?. Póki co jednak nie mia? prawa wraca?. Powrót okry?by ha?b? nie tylko jego osobi?cie, ale i ca?? ga??? rodu, a na to nie móg? pozwoli?.

Ju? ponad tydzie? w?óczy? si? wi?c po piaskach pustyni, nie zmierzaj?c do ?adnego celu i na nic nie licz?c. Odwlekaj?c jedynie to, co nieuniknione.

S?oneczna kula ci?gle próbowa?a zeszkli? pustyni?, nad któr? zdarzy?o si? jej zatrzyma? w swej w?drówce po niebosk?onie. Le??cy na niej cz?owiek traci? resztki wody z organizmu.

Miguell sta? przy g?ównej ?luzie gwiezdnego okr?tu. Za chwil? mia?a otworzy? si? z cichym sykiem i uwolni? z obj?? statku ludzi, którzy sp?dzili na tej ograniczonej przestrzeni kilkana?cie dni wyczerpuj?cej psychicznie podró?y. Szlachcic nie móg? si? wr?cz doczeka? postawienia nóg na prawdziwym, cho? obcym, ?wiecie. Wszystkie te dni, nieodró?nialne od nocy, sp?dzone w kosmicznej przestrzeni nadwer??y?y jego nerwy. Nie móg? przyzwyczai? si? do ?wiadomo?ci, ?e od bezimiennej ?mierci gdzie? w wszech?wiecie, chroni go - i to skutecznie - jedynie tak w swej istocie niewielki wytwór ludzkiego geniuszu.

W ?luzie rozleg?o si? ciche westchnienie hydraulicznego zamkni?cia, po czym pierwsza z ceramstalowych grodzi zacz??a si? otwiera?. Wszyscy zebrani przy wyj?ciu ludzie z niecierpliwie oczekiwali ko?ca procedury otwieraj?cej i zej?cie na trwa?y l?d. De la Rocha zacisn?? d?o? na r?koje?ci rapiera. Nareszcie b?dzie móg? wyzwoli? si? z wi?zów, jakie narzuci?a na niego nieprzemy?lana wypowied?.

Druga gród? unios?a si?. ?wiat?o zala?o otwarte wn?trze statku. M?ody Hazat po raz pierwszy zobaczy? obce s?o?ce, po raz pierwszy te? poczu? jak potrafi by? gor?ce. Wyszed? miarowym krokiem na spotkanie przeznaczenia. Widmowego konia Kish.

Organizm rozpalony s?onecznym ?arem coraz gorzej reagowa? na otaczaj?cy go ?wiat. P?uca spazmatycznie wci?ga?y powietrze, mi??nie miota?y cia?em po bia?ym piasku, tworz?c na nim nienaturalne wzory, umys? splata? w jeden skowyt wszystkie wspomnienia i my?li.

A s?o?ce, s?o?ce nadal sta?o wysoko nad horyzontem.

Ludzie zacz?li ucieka? po drugim tygodniu, gdy byli ju? pewni szale?stwa Hazata. Na Aragonii zap?acili by za tak? zdrad? ?yciem. Tu na pustyni, nie móg? nic zrobi?. Zreszt? nie chcia? nawet zatrzymywa? ich si??, nie w sytuacji, kiedy sam nie by? pewny swej poczytalno?ci. Kiedy mia? w?tpliwo?ci.

Czasami wydawa?o mu si?, ?e widzi co? gdzie? daleko na horyzoncie, jakie? cienie, rozmyte kszta?ty gdzie? na kraw?dzi percepcji. Lornetka nie pomaga?a w najmniejszym stopniu. Raz, ?e zakurzy?a si? potwornie w pyle pustyni. Dwa, ?e zjawisko nie trwa?o na tyle d?ugo by móg? zareagowa? odpowiednio szybko. Widmowy ko? Kish.

Miguell nie mia? poj?cia czy to wytwory jego przem?czonych zmys?ów, czy te? rzeczywi?cie co? dostrzega?. Mia? nadziej?, ?e to drugie. Za ka?dym razem zmienia? wi?c kierunek marszu na ten gdzie widzia?, b?d? wydawa?o mu si?, ?e widzi, to po co tu przyjecha?. Nie raz i nie dwa przeci?? w ten sposób w?asne ?lady sprzed kilku dni czy godzin. B??dzi?, po prostu b??dzi? niczym ob??kany po pustyni, prowadzony przez z?udzenia i hart ducha.

Jego s?udzy nie mieli tak silnych motywów do kontynuowania w?drówki. Porzucali wi?c go. Najpierw pojedynczo, pó?niej parami i w ma?ych grupkach. W ko?cu zosta? sam, cho? ostatni, który odchodzi?, chcia? go si?? zaci?gn?? do miasta. Jego cia?o spoczywa gdzie? po?ród piasków wypijaj?cych jego krew. De la Rocha wyruszy? dalej. Sam.

Zachód s?o?ca zdawa? si? dodawa? si? wyczerpanemu upa?em cz?owiekowi. Widocznie wraz z och?odzeniem otrze?wia? troch?, przesta? si? bowiem rzuca? w malignie, a nawet otworzy? spuchni?te i przekrwione od pustynnego py?u powieki.

Bal wchodzi? w?a?nie w ko?cow? faz?. Starsi go?cie opu?cili ju? dawno sal?, daj?c tym samym szans? m?odym na bardziej swobodne zachowanie. Towarzystwo mia?o ju? nieco w czubie, a po opuszczeniu sali przez ostatni? par? starszego pokolenia atmosfera rozlu?ni?a si? zupe?nie. Na parkiecie jak i poza nim przesta?y panowa? sztywne zasady etykiety, a przynajmniej du?a ich cz???. Tu i tam pojawi?a si? nielegalna, b?d? co b?d?, selchaka, alkohol s?czy? si? co prawda nadal spokojnym, ale znacznie szerszym strumieniem.

Co jaki? czas s?u?ba wyprowadza?a co bardziej nieprzytomnych i agresywnych, znika?y te?, jeszcze przed chwil? ta?cz?ce z werw?, pary. Impreza rozbija?a si? na szereg mniejszych konwersacji i dysput w ró?nych zak?tkach sali. Rozmawiano o wszystkim i niczym, poruszano tematy polityczne i zupe?nie b?ahe. Wszyscy byli ju? zbyt zm?czeni by odda? si? bardziej wymagaj?cym rozrywkom.

W jednej z takich grup prym wodzi? wstawiony dosy? powa?nie Miguell. Opowiada? w?a?nie o swoich sukcesach szermierczych, o sukcesach w Akademii, po prostu stara? si? zabawi? towarzystwo dowcipnymi i dramatycznymi historiami z w?asnego ?ycia. Nic szczególnego. Nie wiedzia? pó?niej nawet, kiedy zorientowa? si?, ?e wszyscy z pow?tpiewaniem traktuj? jego s?owa i staraj? si? za wszelk? cen? dogry?? mu i wyszydzi?. Kiedy si? to jednak sta?o, spokojna dot?d konwersacja dynamicznie przekszta?ci?a si? w sprzeczk?, pó?niej k?ótni? i zwyk?? pyskówk?.

Jeden lub wi?cej pojedynków wisia?o w powietrzu, iskrz?cym si? od gniewnych spojrze?. Wtedy nie wiedzie? jak i sk?d pojawi? si? ten pomys?. Udowodni? im. Poprosi? o wskazanie celu. Nigdy wcze?niej nie s?ysza? o widmowym koniu Kish. Nie wiedzia? dlaczego nie mia?by podj?? si? takiego wyzwania, wówczas jak?e b?ahego. Tak nieistotnego, ?e nast?pnego dnia z?o?y? uroczyste przyrzeczenie. Niejako podpisa? swój wyrok.

Gdzie? na horyzoncie dostrzeg? znajom? plam?. ?ledzi? j? wzrokiem, znikaj?c? i pojawiaj?c? si? ponownie w zupe?nie innym miejscu. Zbli?aj?c? si? i klucz?c? w?ród wydm. W ko?cu zbli?y? si? na tyle, ?e nawet cz?owiek osuszony z si? przez s?o?ce móg? go wyra?nie dostrzec.

Czarny wierzchowiec zbli?y? si? do le??cej ludzkiej postaci. Pochyli? masywny ?eb. W uszach m?odzie?ca rozleg?o si? ciche parskni?cie, po czym jego policzka dotkn?? wilgotny pysk zwierz?cia. Otworzy? oczy. Z potworn? moc? wróci?y s?oneczne widma. Pocz?tkowo zawirowa?y szale?czo, po chwili jednak ich konfiguracja uleg?a zmianie, nie przes?ania?y ju? wszystkiego, w odrobin? wolnego miejsca w nadnaturalny sposób w?lizn??a si? ko?ska g?owa.

D?ugo nie móg? uwierzy? w to co si? sta?o. Tak idiotyczny koniec wszystkiego. Ca?ego ?ycia, kariery. Dos?ownie wszystkiego. Jedna g?upia przysi?ga zwichn??a mu ?ycie. Kilka wypowiedzianych zbyt pochopnie s?ów. Przysi?ga. Wyrok. Banicja.

Wiedzia? ju?, ?e nigdy nie wróci na Aragoni?. Nie wróci jako dumny Hazat, który wype?ni? to, czego si? podj??. A je?li nie móg? wróci? w taki sposób, nie móg? wróci? wcale. ?ycie bez nadziei jest lepsze od ?ycia w ha?bie i ukryciu. ?mier? za? jest lepsza od beznadziei.

Widmowy ko? Kish. Jak?e da? si? tak naiwnie podej??. Równie bezsensowna nazwa nie mog?a by? okre?leniem ?adnego ?ywego stworzenia. Ale przecie?, gdyby ta nazwa nie znaczy?a zupe?nie nic, przynajmniej móg?by wróci? i o?mieszy? tych, którzy poddali w?tpliwo?ci jego odwag? i prawdomówno??, podwa?yli jego warto??.

Na wspomnienie ?miechu miejscowych robi?o mu si? na przemian zimno i gor?co. Szeroko rozdziawione g?by tych g?upkowatych Li Halanów. Roze?miani klepali si? po ko?cistych udach i ?apali za spalone s?o?cem twarze. Dosi??? widmowego konia Kish? To prawdziwe zadanie. ?miech. Ten przekl?ty, znienawidzony ?miech. Pogardliwy, wstr?tny. Wtedy my?la? tylko o tym, ?eby przestali si? ?mia?, ?eby zetrze? ten wyraz z ich twarzy, chocia?by broni?.

Cholerni ?wi?toszkowaci debile. Jak mo?na z takim spokojem, ba z u?miechem na ustach, skaza? cz?owieka na wieczne wygnanie. Zobowi?za? si? dosi??? konia Kish. Zobowi?za? si? dosi??? mira?. Mira?, widmo, cie?, przekl?ta fatamorgana. Z nieznanych przyczyn pokazuj?ce si? pustynnym w?drowcom widmo karego konia.

A on zobowi?za? si? dosi??? cie?, mira?. Co wi?cej nie móg? teraz wróci? na Aragoni?. Musia? dosi??? widmo, lub nie mia? czego szuka? w domu. Przekl?ty dure?.

De la Rocha pi? bez d?u?szych przerw przez trzy dni. Czwartego z kilkoma m?odymi Li Halanami i ich s?u?b? wyruszy? na pustyni?. Dosi??? mira?u.

Ogier nareszcie zaprezentowa?a si? w pe?nej krasie. Ciemne m?dre oczy. Szerokie, wspaniale pracuj?ce nozdrza. Pi?knej krwi Arago?czyk w otoczeniu bia?ych, s?onecznych widm, wywiera? niesamowite wra?enie. Oddech zamar? na ustach szlachcica. Spróbowa? jeszcze wyci?gn?? d?o? i przynajmniej dotkn?? go, zabrak?o mu jednak si? i na to.

Miguell zamkn?? oczy.

Koniec

Tomasz "Those" Senda
Dodaj swój komentarz
Twoje imiÄ™ i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść: