Powoli mija?a kolejnych stra?ników. Jej bladob??kitna suknia sun??a po posadce niczym skrzyd?a ?ab?dzia po lustrzanej tafli stawu. Stra?nicy stali dok?adnie co dwana?cie metrów, przy ka?dym filarze z bia?ego marmuru podtrzymuj?cej sklepienie sufitu. W dwóch równoleg?ych rz?dach, równo niczym stra? wyznaczaj?ca drog? skaza?ca. Ich zielone, ceramstalowe pancerze po?yskiwa?y w ?wietle dziwacznie powykr?canych lamp. St?pa?a wolno, d?wiga?a bowiem ci??kie brzemi?. Ci??ar w?asnej ha?by.
Zmierza?a do prywatnych komnat markiza Reviba Decadosa. Wiedzia?a, ?e nawet je?li uda si? jej osi?gn?? cel, to zap?aci za to wysok? cen? - zap?aci w?asnym upodleniem. Mimo to przekroczy?a próg odosobnionej cz??ci jego posiad?o?ci i pozwoli?a poch?on?? si? mrokowi czaj?cemu si? w tych pomieszczeniach.
- Jestem lady Alisa Verdo - powiedzia?a stra?y. - Wasz pan mnie oczekuje.
Odruchowo wzi??a g??boki oddech czuj?c, ?e za chwil? pogr??y si? w czym? budz?cym w niej wi?kszy l?k, ni? bezdenna g??bia budzi?a w nie umiej?cych p?ywa? etyri. Stra?nicy odst?pili na bok, stoj?cy po prawej stronie gwardzista przy?o?y? d?o? do ciemnozielonego obicia wielkich drzwi i popchn?? je do ?rodka. Ust?pi?y pod naciskiem i tylko szmer towarzyszy? sennemu ruchowi odrzwi.
Wygl?d tej dekadenckiej ?wi?tyni, ukazuj?cej folgowanie w?asnym s?abo?ciom przez w?a?ciciela sprawi?, ?e zawaha?a si? przed zrobieniem kolejnego kroku. - Musz? to zrobi?. Musz?... - my?l o konsekwencjach rezygnacji sprawi?a, ?e gwa?townie ruszy?a dalej. ?wiadomo?? tego, co mog?oby si? sta?, nape?ni?a jej dusz? l?kiem znacznie wi?kszym, ni? ten, który przepe?nia? jej cia?o.
Za sze?? godzin, jej m?? - sir Tyrak Verdo mia? zosta? stracony. Pope?ni? przest?pstwo karane ?mierci? - zabi? cesarskiego emisariusza. Co gorsze, sta?o si? to na ziemi markiza Reviba Decadosa, który nigdy nie przepada? za rodem Verdo. T?umaczenia, ?e by?a to samoobrona nie mia?y ?adnego poparcia, nie by?o ?adnych ?wiadków. Zatrzymano go ledwie kilkaset metrów od cia?a pos?a. By? ranny, a na jego obna?onym rapierze wida? by?o krew. By? winny, by?o to tak oczywiste dla markiza, ?e odmówiono skaza?cowi prawa odwo?ania si? od wyroku s?du do cesarza, cho? mia? taki przywilej z powodu szlachetnego urodzenia. Zosta? skazany na ?mier?.
Obrazy na ?cianach przedstawia?y kolejnych przedstawicieli rodu Decadosów mieszkaj?cych na tej planecie. Odra?aj?ce w tych obrazach by?o to, jak przedstawiono tych ludzi. G?owa jednego z praprzodków markiza by?a równocze?nie g?ow? bestii rozrywaj?cej cia?o nagiej kobiety. Gigantyczny paj?k, wysysaj?cy krew z oplecionych sieci? cia? ch?opów mia? oblicze odleg?ej kuzynki markiza Reviba. Obrzydliwie gruby jaszczur le??cy na górze szkieletów ludzkich mia? rysy nie?yj?cego ju? ojca markiza. Tych obrazów by?o znacznie wi?cej, a ka?dy kolejny wskazywa? na rodzaj upodoba? w?a?ciciela posiad?o?ci. Kto?, kto za?yczy? sobie przedstawienia w?asnych przodków w ten sposób musia? by? szalony lub chcia?, aby tak o nim my?lano.
Alisa zastanawia?a si?, który wniosek by? dla niej bardziej przera?aj?cy. Zdeprawowany szaleniec, maniak lubuj?cy si? w ohydzie i potworno?ciach, czy te? cz?owiek, który samemu stwarza? pozory w?asnego szale?stwa, by wzbudza? w innych strach. Kimkolwiek naprawd? by? markiz Revib Decados, ona za chwil? mia?a spotka? go osobi?cie.
Ciemna ziele? posadzki, bia?y marmur filarów i ?cian oraz z?oty kolor zdobie?, ram obrazów, pos?gów, popiersi - wystrój bynajmniej nie wzbudzaj?cy poczucia ciep?a i bezpiecze?stwa. Krzywe linie wzorów przecinaj?cych sufit, wpe?zaj?ce na zwie?czenia filarów, nie pozwala?y znale?? w sobie ?adnej symetrii. To by?a siedziba Decadosa i postarano si?, by mo?na by?o to odczu? na w?asnej skórze.
By?o to po??czenie bogactwa i dekadencji widocznej na ka?dym kroku. Pos?g przedstawiaj?cy splecione ze sob? cia?a, podobne w swej doskona?o?ci do figur Apollina i Wenus z pradawnych zapisów terra?skich, okazywa? si? makabryczn? scen? przemocy z przera?eniem i bólem wypisanymi na twarzy kobiety oraz szale?stwem i rz?dz? na obliczu m??czyzny. Pos?g pokryto cienk? warstw? z?otej farby. Codziennie polerowany przez niem? s?u?b? by? najbardziej wyra?nym symbolem mroku goszcz?cego w duszy w?a?ciciela.
Koniec korytarza zamyka? wielki portal b?d?cy wej?ciem do apartamentów markiza. Sklepienie by?o tu ni?sze, a niewielka szpara zdradza?a, ?e przej?cie mo?e zamkn?? si? w razie potrzeby ceramstalow? p?yt?, odcinaj?c markiza od wszelkiego niebezpiecze?stwa próbuj?cego wtargn?? do jego prywatnych pokoi.
Przest?pi?a przez próg, czuj?c jak niewidzialne macki strachu oplataj? jej cia?o usi?uj?c zatrzyma? j? w miejscu. Raz jeszcze l?k duszy pokona? paniczny strach cia?a. By?a w komnacie markiza Reviba Decadosa, tylko on móg? uniewinni? ojca jej córki, jej ukochanego m??a. Obawia?a si?, czy zdo?a przekona? markiza, by to uczyni? i jak? zap?aci za to cen?.
- Witaj moja droga... Aliso Verdo - wyszepta? pomijaj?c jej tytu?. - Tak rzadko pozwalasz cieszy? oczy Twoim pi?knem. Co mog? dla Ciebie zrobi?? Moja droga... Aliso Verdo?
Zaró?owione policzki porusza?y si? przy ka?dym s?owie wypowiadanym przez karminowo ubarwione usta. Ufarbowane na bia?o w?osy opada?y na ramiona, przes?aniaj?c rzadkimi pasmami wysokie czo?o ?ysiej?cego m??czyzny.
- Ju? nied?ugo niepotrzebna b?dzie mu farba, by mie? bia?e w?osy... - pomy?la?a, patrz?c na starzej?cego si? m??czyzn?. By? co najmniej dwakro? starszy od niej. Jego twarz, umalowane usta, puder na policzkach, oczy obrysowane cienk?, ciemn? kresk? - oto markiz Revib Decados, najbardziej niegodziwy szlachcic na planecie. Oskar?any o zabójstwo ojca i sypianie w m?odo?ci z w?asn? matk?. Cho? to z ca?? pewno?ci? plotka, to w przypadku tej osoby ?atwo by?o uwierzy?, ?e co? takiego mog?o mie? miejsce. Z jego woli umar?o wielu dobrych ludzi, tylko dlatego ?e nie chcieli ta?czy? jak kukie?ki w teatrzyku, który stawia? wokó? siebie. Umarli, bo sprzeciwili si? jego s?owom. Wielu ?yczy?o mu ?mierci, wielu próbowa?o go zabi?. Wszyscy, którzy chcieli tego dokona?, zostali w straszny sposób ukarani.
Ona... Sama w jego komnacie, zdana na jego ?ask?. Bezbronna wobec jego stra?ników i niebezpiecze?stw posiad?o?ci. Poczu?a, jak ch?ód nagle przenikn?? jej cia?o. Jak serce mocniej zacz??o pompowa? krew, by ogrza? marzn?ce d?onie, ramiona, ca?e cia?o. Bezskutecznie. Ch?ód pochodzi? z niematerialnego miejsca w jej duszy. Z samego dna obaw przed markizem, ze strachu przed nim.
Pomi?dzy ka?dym oddechem istnia?y chwile l?ku, czy to aby nie ostatni haust powietrza w jej ?yciu. A serce pompowa?o coraz szybciej krew i strach jakby w z?udnej nadziei, ?e przepuszczaj?c je przez siebie, odsunie gdzie? daleko.
Pomy?la?a o pojedynczym, bia?ym p?atku ?niegu, opadaj?cym w kierunku otwartej paszczy hutniczego pieca. Dla niej nie by?o ju? nadziei, ale On jeszcze j? mia?.
- Jestem tutaj by prosi? o ?ask? dla mego m??a - s?owa wypowiedziane jednym tchem. Nie zdo?a?aby zaczerpn?? drugiego.
- Panie - doda?a, gdy tylko kolejny oddech jej na to pozwoli?. Wyprostowa?a si? i znieruchomia?a oczekuj?c odpowiedzi.
- Ach... Có? za uroczy pokaz oddania - u?miech niewini?tka, by? szyderstwem k?uj?cym w oczy.
- Oczywi?cie, natychmiast poprosz?, by go uwolniono - spojrza? na ni?, jakby sondowa? w poszukiwaniu ukrytej broni.
- Moja droga Aliso... - kolejny u?miech i spojrzenie celowo utkwione w jej biu?cie. Prze?kn?? ?lin? mimowolnie poruszaj?c ustami i wydaj?c ciche mla?ni?cie.
- Lecz wpierw... Hmm... - tego u?miechu nie mo?na by?o pomyli? z niczym innym, to by?o ??danie czego?, czego pragn??. By? mo?e ju? od chwili, gdy ujrza? j? po raz pierwszy na wydanym przez siebie balu kilka tygodni temu.
Dreszcz przeszed? Alisie po plecach, zostawiaj?c po sobie ch?? otrzepania si? z wyimaginowanego brudu. Ale nie odwa?y?a si? poruszy?. By?a za bardzo skupiona na my?li o Nim.
- Tak? Mój Panie? Có? takiego mog? Ci ofiarowa?... - zmusi?a si?, by wypowiedzie? te s?owa spokojnym, mi?ym tonem. My?la?a tylko o Nim, a ta kreatura przed ni? by?a coraz bardziej odleg?a.
- Musi podpisa? u?askawienie, musi to zrobi?... - jej my?li by?y jasnym strumieniem ?wiat?a, kieruj?cym j? w kierunku wolno?ci jej m??a. Przekona?a siebie, ?e r?ce bezczelnie dotykaj?ce jej cia?a nie mog? dosi?gn?? jej duszy czy serca. A w?a?nie w tych miejscach mieszka?a jej mi?o??. Nic nie naruszy, nic nie zbruka jej mi?o?ci. Dotkn??a go, lecz my?la?a o sobie jako o umar?ej. Nie ?y?a ju?, wi?c nie liczy?o si? co stanie si? z jej cia?em. Nie czu?a niczego poza mi?o?ci?. Zabi?a w sobie wszystko, poza tym co najwa?niejsze - poza uczuciem, które wype?nia?o jej serce i mieszka?o w duszy. Nie liczy?o si? nic wi?cej, nic.
- Podpisz Panie u?askawienie, a nie b?dziesz mnie musia? do niczego zmusza? - mówi?a kusz?co.
- Czy wolisz wzi?? mnie si??, czy te? bardziej pragniesz mego przyzwolenia i niewymuszonych pieszczot? - Malowa?a tymi s?owami obrazy w jego g?owie, obrazy, których pragn??.
- Tak... tak, podpisz?... Ju?. Teraz! Natychmiast! - Jego g?os zmieni? si? w hucz?cy ??dz? krzyk.
Gdy zdejmowa? jej po?czochy, pochylaj?c si? pomi?dzy jej udami, si?gn??a po pióro, którym przed chwil? podpisa? akt u?askawienia. W udawanym spazmie rozkoszy odrzuci?a g?ow? do ty?u i siedz?c na jego biurku, z nim pomi?dzy udami, mocno zacisn??a palce na d?ugim, grawerowanym piórze. Uderzy?a z ca?ych si? w jego kark, równocze?nie zaciskaj?c mocno nogi i unieruchamiaj?c mu g?ow?. Krew tryska?a z t?tnic i ?y?. Decados zacharcza?.Resztk? si? próbowa? si? uwolni?, si?gn?? do ukrytego w blacie przycisku wzywaj?cego stra?. Maca? na o?lep, bezskutecznie. By? po z?ej stronie blatu. St?d nie móg? dosi?gn??.
?ukasz "Scolman" Skowron

