W imieniu Wszechstwórcy

Ma?y, ?ó?ty cz?owieczek, ubrany w dziwne ubranko i jeszcze dziwniejszy pancerz, dysza? ci??ko, a pot perli? mu si? na czole. W prawej d?oni kurczowo ?ciska? d?ugi miecz o niespotykanym kszta?cie. Cz?owiek ten mia? dwadzie?cia par? lat, cho? ka?dy, kto by go w tym momencie zobaczy?, da?by mu przynajmniej trzydzie?ci. Opiera? si? o jedn? ze ?cian wielkiego magazynu o tysi?cach korytarzy i stara? si? uspokoi? oddech. Niestety, przychodzi?o mu to z wielkim trudem. Przez chwil? sta? nieruchomo, a nast?pnie wychyli? g?ow? za róg i spojrza? w g??b ciemnego korytarza. Wyostrzy? zmys?y, ?eby przebi? si? przez mrok, co uda?o mu si? bez wi?kszego problemu. Zacz?? nas?uchiwa?. Nagle na jego twarzy pojawi? si? grymas strachu, a z g??bi korytarza mo?na by?o wy?owi? d?wi?k czyich? kroków i g?os. G?os, na d?wi?k którego ma?y cz?owieczek a? podskoczy?.

- Kobayashi, nie chowaj si? - zabrzmia? grobowy g?os. - No wy?a?. Przecie? nie b?d? szuka? ci? w niesko?czono?? w tych korytarzach. Je?eli zaraz wyjdziesz, to umrzesz szybk? ?mierci? - w?asciciel g?osu roze?mia? si? szyderczo.

Kobayashi mocniej uchwyci? swoj? katan? i zacz?? jak najszybciej biec w g??b korytarza, w którym jeszcze przed chwil? si? ukrywa?.

- Oooo! S?ysz? jak biegniesz ma?y Kobayashi. Chyba ci? znów znalaz?em - g?os ponownie rozbrzmia? szyderczym ?miechem. - No, nie biegnij tak szybko, bo si? zm?czysz i gdy ci? znajd?, nie b?dziesz mia? si?y na, i tak bezcelow?, walk? - ?miech niós? si? ciemnym korytarzem.

Ch?opak nie s?ucha? g?osu. Bieg? z ca?ych si? przed siebie, staraj?c si? omija? znajduj?ce si? na drodze przeszkody. Jego jedyn? przewag? nad przeciwnikiem by?a moc Psi, jak? posiada?. Stara? si? j? wykorzysta? w stu procentach. Nie przestaj?c biec, wyostrzy? jeszcze bardziej swoje zmys?y i wzmocni? cia?o.

Bieg? d?ugo. Zanim si? zatrzyma?, min?? kilkana?cie skrzy?owa?. Nie pojmowa?, jak ten budynek mo?e by? a? tak du?y. W jego domu na Cadavusie nigdy nie widzia? a? tak ogromnych budowli. Porusza? si? w nim od kilkunastu godzin, a korytarz wci?? nie mia? ko?ca. A najgorsze by?o to, ?e co kilkadziesi?t metrów, w równym oddaleniu od siebie, odchodzi?y od niego inne. Zatrzyma? si? i przysiad? pod jedn? ze ?cian. Od kilku godzin nie s?ysza? ju? kroków, ani g?osu swego prze?ladowcy - zaryzykowa? wi?c odpoczynek. Na kolanach po?o?y? swoj? pi?knie wykonan? katan?. Wida? by?o, ?e wykucie miecza musia?o zabra? twórcy kilka lat. Jego klinga musia?a si? sk?ada? z milionów warstw. Po chwili namys?u spojrza? na swój skromny pancerz. Wsta? i zacz?? czule go wyg?adza?. Kiedy wygl?da? ju? lepiej, ?ci?gn?? go i po?o?y? na ziemi. Zacz?? go szybko zwija?, a z jego ust wydoby?y si? ciche s?owa:

- Nie jeste? mi teraz potrzebna, tatami yoroi. Jeste? troch? ci??ka, a ja nie mog? traci? si? na noszenie ci?, skoro i tak w walce z nim nie przydasz mi si?. Wybacz mi, ale musze ci? tu zostawi?.

Kobayashi wsta? i si?gn?? po miecz. Chwyci? go obur?cz i jednym celnym ci?ciem przeci?? na pó? zawini?tko. Schowa? katan? do sayi, pochwy wisz?cej u boku, a dwie cz??ci przeci?tego tatami yoroi chwyci? w obydwie r?ce i odrzuci? w boczny korytarz. Spojrza? jeszcze raz na pozosta?o?ci po swej zbroi, a nast?pnie ruszy? przed siebie w g??b ciemnego korytarza.

Nie mia? ju? si? korzysta? z umiej?tno?ci Psi. By? bardzo zm?czony i g?odny, a jego brzuch co chwil? dawa? zna? o swoich potrzebach g?o?nym burczeniem. Nogi bez przerwy potyka?y si? o nierówno?ci pod?o?a. Nie wiedzia? ile to ju? godzin ucieka przed tamtym cz?owiekiem. Nie wiedzia? te?, czy tamten nadal go ?ciga. Zreszt?, to i tak nic nie zmienia?o, gdy? nie zna? wyj?cia z tych przekl?tych korytarzy. Kobayashi wygl?da? na bardzo wyczerpanego, a oczy same mu si? zamyka?y. Nie mia? wyboru i postanowi? cho?by na chwil? si? zdrzemn??. Mia? nadziej?, ?e zd??y si? obudzi?, gdy tylko zbli?y si? wróg. Katan? po?o?y? obok prawej d?oni, by móc szybko si?gn?? po ni? w ka?dej chwili.

?ni? mu si? dom. Jego rodzice, siostra, nauczyciel, daimyo i cesarz. Jednak nie by? to Alexius, a Oda Nobunaga - cesarz jego rodu. Widzia? tak?e swego pi?knego konia. Jednego z najpi?kniejszych, jakie mo?na by?o zobaczy? na ziemiach Minamoto. Nie by?o w tym zreszt? nic dziwnego, skoro ko? ten by? nagrod? od samego Toyotomi Hideyoshi - jego daimyo, za zas?ugi w walce podczas buntu ch?opów. Czu?, ?e ju? nigdy nie zobaczy swego konia i rodziny. ?ni?a mu si? tak?e stolica - jego pi?kne Edo. Wydawa?o mu si?, i? przechadza si? pi?knymi i zadbanymi ulicami miasta. Jak?e odmiennych od ulic Pandemonium, na których ostatnio przebywa?. ?nili mu si? te? przedstawiciele rodu Decados, którzy go zdradzili. Przecie? powinni go chroni?, a oni, gdy dosz?o do tego nieoczekiwanego spotkania z jego prze?ladowc?, pozwolili tamtemu zapolowa? na niego - cz?onka rodu Minamoto, b?d?cego przecie? wasalem rodu Decados.

Obudzi?o go dziwne przeczucie. Poderwa? si? na nogi i chwyci? obur?cz katan?. Zacz?? si? rozgl?da? i nas?uchiwa?. Znów mia? si??, aby móc korzysta? ze swych zdolno?ci. Wyostrzy? zmys?y. Sta? d?u?? chwil? w ca?kowitej ciszy, gdy nagle us?ysza? znajome kroki. Kobayashi zacz?? wpatrywa? si? w stron?, z której dochodzi? równomiernie narastaj?cy d?wi?k zwiastuj?cy zbli?anie si? nieprzyjaciela. Po chwili ujrza? jasny blask bij?cy od pochodni trzymanej przez prze?ladowc?, a zaraz potem zobaczy? jego sylwetk? majacz?c? na tle cieni rzucanych przez znikome ?ród?o ?wiat?a. Znów strach zago?ci? w sercu ch?opca i Kobayashi dopiero po chwili zda? sobie spraw?, ?e mocniej ?ciska r?koje?? swej katany, tak nieprzydatnej w zetkni?ciu z tym przeciwnikiem. Postanowi? po cichu oddali? si? jak najdalej od tego cz?owieka i odnale?? wyj?cie. Na ca?e szcz??cie setta, pi?knie wykonane sanda?y, jakie mia? na nogach, nie sprawia?y ha?asu podczas poruszania si? w korytarzach. Kiedy wydawa?o mu si?, ?e oddali? si? na znaczn? odleg?o?? od prze?ladowcy, us?ysza? jego g?os:

- Znów próbujesz mi umkn??, m?ody Toyotomi. Czy nie zrozumia?e? jeszcze, ?e nie sposób uciec przede mn?? Ja wymierzam sprawiedliwo??, a przed sprawiedliwo?ci? nikt nie zdo?a si? ukry?.

Kobayashi postanowi? po raz pierwszy odezwa? si? do przeciwnika. Mia? nadzieje, ?e jego g?os nie b?dzie dr?a?, lecz b?dzie brzmia? dumnie i wynio?le. Tak, jak powinien brzmie? g?os cz?onka szlacheckiego rodu:

- Jam jest przedstawicielem rodu Minamoto, Toyotomi Mizuno Kobayashi. Jam jest przedstawicielem szlacheckiego rodu b?d?cego wasalem rodu Decados. Je?eli mnie zabijesz, sam przyp?acisz to ?yciem.

Zapanowa?a chwila ciszy. Nie s?ycha? by?o nawet kroków prze?ladowcy, co ?wiadczy?o o tym, i? musia? si? zatrzyma?. Ch?opakowi przemkn??o przez my?l, ?e mo?e zrezygnuje z dalszej pogoni. Jednak?e ?miech jaki wybuch? po chwili przekona? go jak bardzo si? myli?.

- Ja nios? prawd? i sprawiedliwo??. i nikt nie mo?e si? mi sprzeciwi?, a ju? na pewno nie sprzeciwi mi si? nikt z pomniejszego rodu. Dla mnie ca?y wasz ród powinien zosta? unicestwiony, ale niestety na wasze ziemie ród Decados nie chce nas wpu?ci?. Niestety, ty ma?y Kobayashi, mia?e? to nieszcz??cie, ?e trafi?e? na mnie na Pandemonium, gdzie kara za twe grzechy nie mog?a ci? omin??. Ja w?a?nie wymierz? ci t? kar?, a b?dzie ona ostrze?eniem dla ca?ego rodu Minamoto.

Kobayashi nie chcia? go ju? d?u?ej s?ucha?. Zrozumia? w ko?cu, ?e jego prze?ladowca nie daruje mu ?ycia. A jedyn? szans? by?o znalezienie drzwi, przez które móg?by si? st?d wydosta?. Zacz?? biec przed siebie w nadziei, ?e wreszcie uda mu si? dotrze? do ko?ca korytarza. Przecie? na przemian szed? i bieg? nim ju? od dobrych kilkudziesi?ciu godzin. Za sob? s?ysza? g?o?ny ?miech prze?ladowcy.

W g?owie ch?opaka ca?y czas ko?ata?y si? s?owa przeciwnika. Nie móg? zrozumie?, czym jego ród zawini?. A mo?e raczej nie chcia? uzna? swoich win za co? grzesznego. By?o jednak faktem, ?e przeciwnik ma w?asne zdanie na ten temat i on nie zdo?a go ju? przekona?. Nie martwi? si? ju? zreszt? nawet o swoje ?ycie, gdy? po sp?dzeniu w tych ciemnych korytarzach tylu godzin, zdo?a? si? przyzwyczai? do my?li o ?mierci. Martwi? si? jednak s?owami, jakie us?ysza?. W ko?cu, je?eli Decadosi odwrócili si? od niego, to i mog? si? odwróci? od ca?ego rodu Minamoto, a to b?dzie oznacza?o przybycie sporej liczby takich ludzi jak ten tutaj. Kobayashi wiedzia?, ?e jego ród nie b?dzie zdolny do d?u?szej obrony przed ca?? armi? tegop rodzaju przeciwników. Postanowi? wi?c stan?? z nim do walki i postara? si? go zabi?, a pó?niej, je?li szcz??cie b?dzie mu sprzyja?o, zem?ci? si? za zdrad? na Decadosach, którzy zostawili go na pastw? tego cz?owieka. Najpierw jednak postanowi? odnale?? wyj?cie. Niestety, nadal nie by?o wida? ko?ca tego przekl?tego korytarza.

Kobayashi czu?, ?e sp?dzi? ju? w kompleksie korytarzy przesz?o dwa dni. Dwa dni bez picia i jedzenia. J?zyk mia? suchy na wiór, a brzuch nawet na chwile nie przestawa? burcze? z g?odu. Nie mia? ju? nawet si?y korzysta? ze swych wrodzonych zdolno?ci okultystycznych. Plan, jaki sobie za?o?y? jeszcze przed kilkoma godzinami, zd??y? mu ju? wywietrzy? z g?owy. W ko?cu jakie móg?by mie? szanse w starciu z takim przeciwnikiem, jak osoba, która go ?ciga?a?

Nag?e zauwa?y? przed sob? ma?e, jasne ?wiate?ko. Na pocz?tku my?la?, ze to przeciwnik zdo?a? go wyprzedzi? i czeka przed nim. Po chwili jednak zda? sobie spraw?, ?e jest to co? innego. Nawet nie zauwa?y?, kiedy przy?pieszy? kroku. Krok ten w nied?ugim czasie zamieni? si? w nierówny bieg. Nie min??a chwila, kiedy zda? sobie spraw?, ?e oto na wprost ma upragniony koniec korytarza, a to, co widzi przed sob?, jest niewielkim okienkiem umieszczonym oko?o dwóch metrów nad pod?og?. Jednak gdy podszed? bli?ej, zda? sobie spraw?, ?e s?owo "okienko" nie pasowa?o zbytnio do tego, co zobaczy?. W rzeczywisto?ci by? to jedynie bardzo ma?y ?wietlik, przez który nawet dziecko nie zdo?a?oby si? przecisn??, a co dopiero doros?y m??czyzna. Kobayashi po raz pierwszy w swoim doros?ym ?yciu zap?aka?, a by?y to ?zy cz?owieka, który straci? resztk? nadziei na uratowanie ?ycia. Chwyci? za wakizashi, które mia? w?o?one za pas obok katany. Ju? chcia? je wyci?gn??, aby pope?ni? seppuku, gdy? nie widzia? wyj?cia z tej sytuacji, ale na chwile zamy?li? si?. Przez moment sta? w bezruchu, a pó?niej cofn?? d?o? ze sztyletu. Zrozumia?, ?e pope?nienie teraz seppuku by?oby oznak? tchórzostwa, a nie uratowaniem honoru. W ko?cu zrozumia?, ?e jedyne, co mu pozosta?o, to zmierzenie si? z przeciwnikiem. Mia? do wyboru zabi? go, lub samemu przyp?aci? ?yciem t? nierówn? walk?. Postanowi? sp?dzi? czas, jaki pozosta? mu do przybycia prze?ladowcy, na medytacji i odzyskaniu si?, aby móc pó?niej wykorzysta? sw? jedyn? przewag? - Psi.

Z medytacji wyrwa? go d?wi?k zbli?aj?cych si? kroków. D?wi?k, który zd??y? ju? bardzo dobrze pozna?. Powoli podniós? si? i wyci?gn?? z sayi katan?. Chwyci? j? obur?cz i czeka?. Po chwili zamajaczy?o przed nim ?wiat?o pochodni, a po kilku sekundach mo?na ju? by?o dostrzec sylwetk? nieprzyjaciela. Kobayashi móg? si? wreszcie po raz pierwszy dok?adnie przyjrze? tej osobie. By?a ubrana w czarny habit, a w prawej r?ce trzyma?a dziwn? bro?. Nie by?a to na pewno bro? bia?a, ale nie wygl?da?a te? na bro? paln?. Kiedy m??czyzna podszed? na tyle blisko, ?e mo?na by?o dostrzec rysy twarzy, Kobayashi spostrzeg?, i? jest to twarz starca. Jego prze?ladowca musia? mie? ju? przynajmniej pi??dziesi?t lat, je?li nie wi?cej. Nowa nadzieja zago?ci?a w sercu ch?opaka. Pomy?la?, ?e starze? z powodu swojego wieku nie b?dzie ju? tak szybki jak on. Nagle jego prze?ladowca odezwa? si?:

- Witaj m?ody Toyotomi. Widz?, ?e wreszcie zdecydowa?e? si? podda? i przyj?? kar? za swoje grzechy.

- Nigdy ci si? nie podam, starcze! - wykrzykn?? Kobayashi. - Mój ród jeszcze nigdy nikomu si? nie podda?, a ja nie b?d? tym, który zha?bi honor rodu Minamoto takim czynem. Zabije ciebie, albo tu zgin?, ale na pewno ci si? nie poddam!

G?os Kobayashiego niós? si? echem po korytarzach. Nie spodziewa? si?, ?e a? tak g?o?no wypowie swoje s?owa. Niestety, zdania te nie podzia?a?y zupe?nie na jego rozmówc?. Tamten tylko si? u?miechn??, odrzuci? na bok pochodni? i obur?cz chwyci? sw? dziwn? bro?.

- W imieniu Wszechstwórcy - przesun?? niewielki prze??cznik na swojej broni, a na jej lufie pojawi? si? niewielki p?omie? - jako zakonnik ?wi?tyni Avestii, wypal? z twojego cia?a grzechy, aby twoja dusza mog?a trafi? na ?ono Pana.

Kobayashi wpad? w sza? i postanowi? nie czeka? d?u?ej. Stworzy? wokó? siebie niewielkie pole ochronne, korzystaj?c z okultyzmu i rzuci? si? biegiem na mnicha. Przez moment widzia? na twarzy avestianina grymas zdziwienia, ale po chwili zamieni? on si? w demoniczny u?miech. Przeciwnik nacisn?? guzik, a z miotacza p?omieni wystrzeli? s?up ognia, który obj?? ch?opaka. Kobayashi nie czu? bólu, gdy? silniejsze od tego uczucia by? gniew, jaki go ogarn??. Cho? z powodu ognia, straci? wzrok, w umy?le nadal widzia? avestianina. Wiedz?c, i? dalej ju? nie zdo?a pobiec, z ca?ej si?y rzuci? katan? w swojego prze?ladowc?. Kiedy pada? na ziemi?, mia? znów przed niewidz?cymi oczami swój dom, rodziców, siostr?, nauczyciela, swego daimyo i cesarza rodu Minamoto. Widzia? tak?e swego pi?knego konia na którym galopowa? przez lasy nale??ce do jego rodu.

By?a g??boka noc na Cadavusie, kiedy stary shihan spojrza? ze smutkiem w gwiazdy. Na jego policzku pojawi?o si? kilka ?ez, które szybko otar? z twarzy. Wsta? z miejsca, na którym siedzia? i podszed? do drewnianej ?ciany swego skromnego domostwa. Wzi?? ma?y no?yk, który przy niej le?a? i wyry? na ?cianie ma?a kresk?. Na ?cianie takich kresek, jak ta postawiona przed chwil?, by?o tysi?ce.

Krzysztof "Duckingman" Wardzi?ski
Dodaj swój komentarz
Twoje imiÄ™ i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść: