Modl? si?, abym nigdy wi?cej nie do?wiadczy? Nocy Ognia. Miotacze ognia inkwizytorów wypala?y nie tylko drewno i s?om?, lecz gotowa?y krew i trawi?y dusze.
Miasto Ravican, znajduj?ce si? w baronii al-Bazan, na planecie Criticorum sta?o si? zesz?ej nocy celem dla gniewu inkwizycji. Plotki roznios?y si? po bazarze ju? wcze?niej, tego samego dnia - symbiot zosta? zauwa?ony przez Yeomana Dara w jego jab?kowym sadzie, gdy skrada? si? mi?dzy drzewami. Nie da si? okre?li? jaki by? pierwotny opis stworzenia, ale do czasu gdy wiadomo?? obieg?a miasteczko, ró?ne opisy by?y podawane. Stworzenie stawa?o si? coraz wi?ksze i potworniejsze, w miar? jak cienie si? wyd?u?a?y.
Z pocz?tku zignorowali?my plotki. Byli?my ju? przyzwyczajeni do zabobonnej paniki panuj?cej w?ród plebsu. Mia? to by? czas przeznaczony na odpoczynek, miesi?c z dala od zgie?ku i polityki wielkich miast. Zas?ugiwali?my na czas sp?dzony z dala od odpowiedzialno?ci. W czasie gdy nasza pani, Erian Li Halan obmy?la?a kolejne kroki naszej wyprawy, relaksowali?my si?, w?ócz?c si? pomi?dzy idyllicznymi wzgórzami i meandruj?cymi potokami tego pasterskiego regionu.
Nasz spokój sko?czy? si? tu? po zmroku, gdy statek inkwizycji wyl?dowa? na polu, tu? ko?o domostwa g?ównego urz?dnika hrabstwa. Zakapturzeni ksi??a - g?ównie Avestianie, z paroma Zakonnikami ortodoksji zeszli ze statku, kieruj?c si? do miasteczka. Natychmiast zabronili komukolwiek opuszcza? ten rejon. Przyzwali do siebie miejscowego namiestnika, emerytowanego rycerza. Za??dali, aby wszyscy w mie?cie poddali si? inkwizycyjnemu przes?uchaniu. Aby samemu nie sta? si? podejrzanym, stary rycerz zgodzi? si? bez s?owa i da? im woln? r?k? w poszukiwaniu symbiota, o którym mówi?o si?, ?e ukrywa si? gdzie? w Ravican.
Dru?yna ksi??y rozdzieli? si? i pomaszerowa?a w dó? ulic. Mijaj?c obywateli przygl?dali im si? uwa?nie, poszukuj?c jakiegokolwiek znaku nieludzkiego zachowania.
Erian, jej ochroniarz Cardanzo i ja, siedzieli?my w ma?ym pubie w dalekiej cz??ci miasta. Jaki? farmer wpad? nagle do ?rodka, wykrzykuj?c wie?ci o inkwizycji. Zgromadzeni ludzie natychmiast sko?czyli pi? i szybko pouciekali do swoich domostw, znajduj?cych si? na pobliskich wzgórzach. Nie by? to jednak ?aden znak winy, nikt z w?asnej woli nie chcia?by podda? si? skrupulatnym badaniom inkwizycji. Nawet ja, pomimo tego, i? jestem ksi?dzem wiedzia?em, ?e oskar?ycielscy mnisi cz??ciej mylili si?, ni? mieli racje.
Sami równie? postanowili?my wy?lizgn?? si? z tego miejsca. Nasz statek kosmiczny znajdowa? si? na polu, niedaleko st?d. Julia, Sanjuk i Onggangarak ju? tam byli. Gdy przeszli?my zaledwie dwie ulice, w powietrzu czu? by?o unosz?cy si? zapach dymu. Gdzie? jaki? bezbronny g?upiec powiedzia? co? niew?a?ciwego lub próbowa? ucieka? w momencie, gdy powinien si? zatrzyma?, odpowiedzi? by?y zawsze miotacze p?omieni. Niebo stawa?o si? jasne od p?omieni. Prawdopodobnie zacz??o si? od jednego budynku, ale ogie? zaczyna? przeskakiwa? na nast?pne. Do jutrzejszego poranka ca?e miasto b?dzie ju? tylko kupk? popio?u. Mia?em nadziej?, ?e plotki o symbiocie by?y prawdziwe, to by przynajmniej usprawiedliwia?o straty. Gdy zbli?yli?my si? do chlewu, obok którego wiod?a ma?a ?cie?ka prowadz?ca do naszego statku, us?yszeli?my nadci?gaj?ce g?osy.
- Bracia! Wdzia?em tam jaki? ruch!
Zanurkowali?my w ciemno?? wej?cia jednej z chat. Starali?my si? wstrzyma? nasze oddechy, gdy grupka fanatyków przebiega?a ko?o nas. W ciszy, która nas nagle otoczy?a, w s?siednim pokoju, us?ysza?em ciche szlochanie.
Zerkn??em w ciemno?? i zobaczy?em pochylonego m??czyzn? kl?cz?cego na pod?odze. Twarz mia? schowan? w d?oniach, a ca?ym jego cia?em wstrz?sa?y spazmy p?aczu. Podszed?em do niego i pochyli?em si?. Po?o?y?em r?ce na jego g?owie.
- Nie bój si?. Jestem ksi?dzem, ale nie takim jak ci na zewn?trz.
Biedak podniós? g?ow?, patrz?c oczyma mokrymi od ?ez.
- Zabili moje dzieci ojcze. Spalili je. Moje biedne, biedne dzieci.
?zy p?yn??y po jego twarzy. Nie wiedzia?em co powiedzie?. Jak mog?em pocieszy? cz?owieka, którego dzieci w?a?nie sp?on??y w ogniu ksi??y?
Przesun??em r?ce nad jego ramiona i cofn??em je w nag?ym strachu i obrzydzeniu, nie mog?c zapanowa? nad swoj? instynktown? reakcj?. Z jego nagiego torsu wyrasta?y cztery segmentowe, paj?cze odnó?a. Nie zwróci? na to uwagi do czasu gdy, us?ysza? mój spazmatyczny wdech. Spojrza? na mnie, a pó?niej zaskoczony na siebie. Poderwa? si? na nogi z niesamowit? pr?dko?ci? i wdrapa? si? na sufit, nowymi odnó?ami trzymaj?c si? powa?y.
- Na Wszechstwórce! - us?ysza?em krzyk Erian. Cardanzo wyci?gn?? swój miotacz i wycelowa? go w sufit staraj?c si? odnale?? stworzenie w ciemno?ci.
Cardanzo wypatrzy? stworzenie, wycelowa? miotacz i przygotowa? si? do strza?u. Wyskoczy?em do przodu zbijaj?c w dó? jego r?k?.
- Nie! Zaczekaj!
Zarówno Erian jak i Cardanzo popatrzyli na mnie, jak gdybym by? szalony.
- Pozwólcie mi go wys?ucha?. Nie wiem dlaczego, ale prosz? pozwólcie mi.
Nie poruszyli si?. To co? zni?y?o si?, przybli?aj?c do przy?mionego ?wiat?a wpadaj?cego przez wej?cie.
- By?em mnichem w randze "O?wieconego" na Stygmacie. Walczy?em z symbiotami, wierz?c, ?e s? z?e i demoniczne. Pó?niej zmieni?em si?, zosta?em przemieniony przez jeden z zarodników, które zrzucili miesi?ce wcze?niej. Przybyli po mnie i nauczyli mnie tego, kim tak naprawd? s?. Nie s? tacy jak o nich my?limy. To dobrzy ludzie ?yj?cy w zgodzie z natur?.
W miar? jak mówi?, schodzi? w dó? ze swojej ?erdzi, patrz?c na mnie uczciwym wzrokiem.
- Pami?tam wi?cej ludzkich wspomnie?, ni? wi?kszo?? przemienionych. Nadal pami?tam litanie i pismo ?wi?te, wpojone we mnie na Naos. Nadal czcz? Wszechstwórc? i Zebulona, ale teraz widz?, ?e ich przes?anie jest g??bsze, ni? zdawa? sobie z tego spraw? Palamedes. ?wiety P?omie? nie jest zastrze?ony wy??cznie dla ludzi. Wszelkie ?ywe istoty nosz? w sobie jego iskierk?. Ka?dy ?wiat ma ten p?omie?, który jest si?? nap?dow? wszelkich stworze?. Gdy dotar? do pod?ogi, stan?? prosto na swoich ludzkich nogach. Podchodz?c bli?ej, gestykulowa? odnó?ami jednocze?nie kontynuuj?c przemow?.
- Poniewa? zna?em styl zachowania ludzi, zosta?em odes?any do Znanych ?wiatów, aby dowiedzie? si? czego? wi?cej na temat nowego Imperatora i jego planów dotycz?cych symbiotów. Dowolnie zmieniaj?c wygl?d na jaki tylko chcia?em, sp?dza?em czas w g?ównych stolicach wielu ?wiatów, udaj?c wielu ludzi, którymi w gruncie rzeczy nie by?em. Jednak zm?czy?o mnie to, brakowa?o mi ciep?a i spokoju mojego starego domu, miasta w którym si? wychowa?em.
- Wróci?em do Ravican i za?o?y?em rodzin?. Moja ?ona, która zna?a mój sekret, tym bardziej mnie kocha?a. Zmar?a w zesz?ym roku na Zaraz? Vantokosa. Nasze dzieci prze?y?y. One s? w pe?ni lud?mi, tak jak ty. Nie mog?em i nie by? bym w stanie przemieni? ich, nawet je?li by o to prosili. Kocha?em moich ich braci symbiotów, ale ponad nich przedk?ada?em moj? ludzk? rodzin?. Czy jeste? w stanie to zrozumie??
Patrzy?em na niego, nie wiedz?c jak odpowiedzie?. Przemawia? z tak? pasj?, jego opowie?? wychodzi?a z dna serca. Jego ?al po utracie dzieci, wydawa? si? taki prawdziwy.
- Tak... Tak mi przykro - zaj?kn??em si?.
- Nie musimy by? wrogami. Dzielimy te same niebezpiecze?stwa. ?wiat?o s?o?c ga?nie dla nasz wszystkich. Jest takie powiedzenie w?ród Phazul: "Nici prz?d? si? doko?a s?o?ca".
- Co? - powiedzia?em zaskoczony.
- Oznacza to, i? musimy podtrzymywa? paj?czyn? ?ycia, aby przywróci? ?wiat?o.
Przesta? mówi?, jak gdyby próbowa? powiedzie? co? trudnego, co ci??ko przet?umaczy? z jednego j?zyka na drugi, wtedy przez jego klatk? przebi?o si? ostrze miecza. W ca?kowitym szoku popatrzy? si? w dó?. Erian stoj?ca za nim wyci?gn??a szybko rapier i wykona?a szerokie ci?cie. Jego g?owa obsun??a si? w przód i uderzy?a o pod?og?. Jego paj?cze nogi drga?y jeszcze przez chwil?, zanim cia?o si? przewróci?o.
Wpatrywa?em si? w to kompletnie zaszokowany.
Cardanzo podszed? bli?ej i opró?ni? magazynek miotacza prosto w cia?o, zmieniaj?c szcz?tki w kupk? popio?ów. Przywo?ani strza?ami miotacza inkwizytorzy wbiegli do ?rodka. Gdy zobaczyli skwiercz?ce cia?o, ze stercz?cymi paj?czymi odnó?ami, pokiwali g?owami w milczeniu.
Erian otar?a swoje ostrze o le??cy w pobli?u worek. Przywódca inkwizytorów podszed? do niej.
- Doskona?a robota moja Pani. Czy mog? pozna? Twoje imi??
- Erian Li Halan - odpowiedzia?a lodowato, jak gdyby zwraca?a si? do swojego poddanego - a to jest moja ?wita - Cardanzo mój ochroniarz i Alustro mój spowiednik.
Jej postawa zadzia?a?a na inkwizytora. Onie?mielony przez jej stan szlachecki oraz dzielny uczynek, uk?oni? si? lekko.
- Dzi?kuje Ci za z?apanie symbiockiego pomiotu i wys?anie go do Gehenny. My posprz?tamy szcz?tki.
Erian, bez chwili zw?oki wysz?a przez drzwi. Cardanzo pod??y? za ni?, ale ja ci?gle by?em zbyt oszo?omiony, by zrozumie?, ?e to by?a nasza szansa na ucieczk?. Patrzy?em na cia?o a w mojej g?owie panowa? zam?t.
Jeden z ksi??y po?o?y? mi r?k? na ramieniu.
- Sko?czy?o si? jego z?o. Teraz nie wyrz?dzi ci ?adnej krzywdy.
Musia?em popatrze? na niego jakby by? szalony, kompletnie nie zrozumia? powodu mojego zam?tu. Zaniepokojony wyraz jego twarzy przywo?a? mnie do porz?dku. Sk?oni?em g?ow?.
- Tak. Tak, masz racj?. Nie by?em przygotowany.
Skin?? ze zrozumieniem, a ja wyszed?em. Erian i Cardanzo nie zaczekali na mnie, ale szli wolno, bym móg? ich dogoni?. Gdy tylko zrówna?em si? z nimi, zwi?kszyli pr?dko??. Cardanzo szepn??. - Szybko, zanim nie wpadn? by nas przeszuka? w poszukiwaniu jakich? skaz.
Gdy szli?my wzd?u? lasu, min?li?my chlew i ruszyli?my w kierunku naszego statku, moja konsternacja by?a bardzo widoczna. Erian spojrza?a na mnie zaniepokojona.
- Ju? wszystko w porz?dku mój ksi??e. Widzisz w ludziach najlepsze cechy, a nie ich k?amstwa.
- Ale, ta sie?. Sie? dooko?a s?o?ca. By?a w moich wizjach. Co to oznacza?
- Nie umiem ci odpowiedzie?. Czy? to nie k?amstwa widoczne s? jako spl?tana sie?? Mo?e twoje wizje ostrzega?y przed jego k?amstwami.
Skin??em g?ow?, ale wiedzia?em, ?e to nie by?o odpowiedzi?. W tym wszystkim by?o wi?ksze znaczenie, ale nasz l?k i uprzedzenia uciszy?y odpowiedzi, zanim mog?em zada? pytanie.
Materia? ze strony Holistic Design Inc.
T?umaczenie: Toudi
Korekta: Troy

