4 listopad 4997 (Kalendarza ?wi?tej Terry)
Pokornie dzi?kuj? Wszechstwórcy za ocalenie mojego ?ycia, umys?u i duszy, dzi?ki czemu mog? teraz kontynuowa? mój dziennik. Do?wiadczy?em tak bolesnych wydarze?, i? jedynie podmuch empirea?skiej ?aski skierowa? mnie ze z?ego kursu. Nawet teraz dr?? ze strachu gdy o nich my?l?, chocia? jestem bezpiecznie ukryty w szlacheckiej posiad?o?ci w samym mie?cie Imperialnym - Byzantium Secundus. Tu ?aden wróg nie mo?e podkra?? si? niezauwa?ony.
Wszystko zacz??o si? ca?kiem zwyczajnie, od wycieczki ?migaczem nad Pustyni? Tepest, na Upiornym L?dzie. By?em tam z kanonikiem Jophree, szanowanym cz?onkiem naszego zakonu, który zaprosi? mnie do zwiedzania odkrytych tam ruin Urów. Za pozwoleniem Pani Erian, wyruszy?em ze znajomym kap?anem w nale??cym do niego ?migaczu. Jophree wywodzi? si? z Domu Cameton, pot??nej rodziny pochodz?cej z Byzantium Secundus. Dzi?ki temu mia? dost?p do wielu rzeczy nieosi?galnych dla wi?kszo?ci ksi??y - b?ogos?awie?stwo dla naszego zakonu. Nauczy? si? lata? statkami ju? przed z?o?eniem ?lubów. Obydwaj cieszyli?my si? podró??. Sporo czasu min??o odk?d mog?em tak szczerze i dog??bnie podyskutowa? z innym ksi?dzem. Rzuci? on troch? ?wiat?a na moje w?asne, dziwne do?wiadczenia, które naby?em odk?d jestem z Erian.
Ruiny by?y niesamowite. To jedyne s?owo, którym mog? je opisa?. Nie wyl?dowali?my, a jedynie przelecieli?my nad nimi okr??aj?c je, ogl?daj?c ze wszystkich stron. Wygl?da?o na to, i? obydwaj mieli?my niepokoj?ce przeczucia i ustalili?my, ?e nie b?dziemy mi?dzy nimi chodzi?.
Gdy ju? napatrzyli?my si? na dziwne krajobrazy, odwrócili?my g?owy. Ci?gle nie rozumiem co si? wtedy sta?o i dlaczego, gdy nagle Jophree straci? kontrol? nad ?migaczem. Rzuca?o nami szale?czo na wszystkie strony. Jophree walczy? o odzyskanie sterowno?ci, ale jaka? wi?ksza si?a przej??a na ?cigaczem kontrol?. Pami?tam jak krzycza? co? o zak?óceniach pola elektromagnetycznego i o anomaliach terraformicznych. By?em jednak zbyt zaj?ty wyjmowaniem baniek ratunkowych i przypinaniem nas do nich. Zd??y?em zatrzasn?? pas doko?a niego, gdy silnik eksplodowa?.
Si?a eksplozji musia?a rzuci? nas przez os?on?. To by wyja?nia?o rozci?cia na mojej twarzy i r?kach. Natychmiast straci?em przytomno??. Doszed?em do siebie le??c na pustyni. By?em pochlapany plastikowym p?ynem z ba?ki ratunkowej, która wybuch?a zbyt wcze?nie, pozostawiaj?c mnie z wi?ksz? ilo?ci? siniaków, ni? zas?ugiwa?em. Mój zestaw przetrwania by? roztrzaskany. Dooko?a nie by?o ?ladu po kanoniku Jophree. Modli?em si?, aby jego ba?ka aktywowa?a si? poprawnie i z?agodzi?a upadek przed rozerwaniem.
Zacz??em go szuka?, ale mój transmiter by? zepsuty. Obawia?em si?, ?e mo?e nas czeka? najgorsze. Bez transmitera nikt nie odnajdzie si? po?ród pustkowi. Je?li nie zdo?a?bym odnale?? Jophree z jego transmiterem, by?bym zgubiony.
Moje poszukiwania zaprowadzi?y mnie do nik?d. Gdy zachodzi?o s?o?ce, wci?? nie widzia?em ?adnego znaku Jophree, ani naszego rozbitego ?migacza. Wiedzia?em, ?e moje szaty zdadz? si? na nic przy zimnych pustynnych nocach, wi?c zacz??em szuka? wzniesienia, lub zag??bienia, gdzie z dala od wiatru, móg?bym rozpali? ognisko. Wtedy zobaczy?em ?wiat?o.
Na pocz?tku pomy?la?em, ?e to mój przyjaciel, dlatego zacz??em wo?a?. Dwie atomowe latarki zbli?a?y si? w moj? stron?. Czy Jophree zdo?a? wezwa? pomoc tak szybko? Nadesz?o dwóch m??czyzn. Jeden z nich mia? na sobie kombinezon przewo?ników, mocno poniszczony i zakurzony, wykonany ze starego rodzaju syntjedwabiu. W?ród bogatych rodzin takie stroje by?y na ogó? dziedziczone przez pokolenia. Drugi z nich by? jeszcze lepiej odziany, nosi? krótk? peleryn? spi?t? brosz? z ozdob? Domu Cameton.
- Witajcie - powiedzia?em, gdy tylko podeszli. - Ciesz? si?, ?e mnie znale?li?cie. Czy wszystko dobrze z kanonikiem Jophree?
Popatrzyli po sobie z zak?opotaniem, po czym pilot powiedzia?:
- Jeste? ksi?dzem?
- Tak. Nazywam si? Alustro. Jestem nowicjuszem z Zakonu Eskatonicznego.
- Obydwaj u?miechn?li si?. Pilot wyci?gn?? do mnie r?k?. - Ciesz? si?, ?e Ci? widz? Ojcze. Ju? od d?u?szego czasu potrzebowali?my ksi?dza.
- Nie rozumiem - powiedzia?em ?ciskaj?c jego d?o?.
- Chod? z nami do statku. Mamy jedzenie. - Obydwaj zacz?li wraca? w stron? z której przyszli, a ja pod??y?em za nimi.
- Czy jeste?cie z ekipy ratunkowej? Czy to kanonik Jophree was wezwa??
- Nie mamy skrzekotki - powiedzia? pilot - uleg?a zniszczeniu gdy si? rozbili?my.
- Rozbili?cie? Czy te? wpadli?cie w zak?ócenia elektromagnetyczne? Jak d?ugo tu jeste?cie?
Tym razem przemówi? szlachcic.
- Wydaje si? jakby to by?y lata. Przy okazji, jestem Baron Arbuck Cameton. Przepraszam, i? nie przedstawi?em si? wcze?niej. Za d?ugo przebywam na pustyni.
- Na pewno kto? was szuka. Co z wasz? rodzin??
- Oczywi?cie, ?e mnie szukaj?, ale to jest pustynia Tepest! Jest zbyt wielka. Cokolwiek spowodowa?o nasz? awari?, zak?óca dzia?anie naszego sprz?tu. To samo dzieje si? z naszym sprz?tem poszukiwawczym.
Podczas gdy mówi?, weszli?my na wzniesienie i ujrza?em statek kosmiczny, prawdopodobnie jednostk? klasy badacz. By? on do po?owy zakopany w piasku, prawdopodobnie w wyniku l?dowania awaryjnego. Chocia? dziób by? g??boko zakopany, tylny w?az nadal zezwala? na wchodzenie do ?rodka. Tam w?a?nie podeszli.
- Mamy du?o zapasów - powiedzia? pilot - wi?c nie przejmuj si? i jedz ile chcesz. Musisz by? g?odny po dniu, jaki mia?e?.
- Dzi?kuje - odpowiedzia?em, pod??aj?c za nim do w?azu - umieram z g?odu. A tak w ogóle, to jak mam si? do ciebie zwraca??
Nie widzia?em jego twarzy, gdy szed? przede mn? w ciasnym przej?ciu, ale s?ysza?em jak co? wymamrota?.
- Przepraszam, powiedzia?e? Kapitan Kamen?
- Kariman.
Przeszli?my z obszaru maszynowni, do pomieszczenia mieszkalnego. By?o ono o?wietlone przez ?wietlówk? podczepion? do rury pod sufitem. Kapitan Kariman zacz?? otwiera? puszki i wygrzebywa? ich zawarto?? na mój talerz. Za?enowany zach?annie rzuci?em si? na jedzenie. Nie jad?em nic ju? na d?ugo przed naszym wypadkiem.
Baron Arbuck znikn?? w przedniej kabinie. Po kilku minutach w??czy? si? pr?d, zalewaj?c ?wiat?em ca?? kabin?. Z ty?u, któr?dy si? przeciskali?my, us?ysza?em cichy szum silników albo generatora. Kariman rozejrza? si? i pstrykn?? par? wy??czników od??czaj?c niektóre ?wiat?a.
- Alustro! - baron krzykn?? z przodu - Chcia?bym ci co? pokaza?.
Wsta?em i ostro?nie poszed?em w dó? przej?cia. Statek osiad? uko?nie, dlatego ruszy?em pochyle w dó? w kierunku kokpitu sk?d wo?a? baron.
Siedzia? na miejscu nawigatora, poruszaj?c ga?kami i prze??cznikami.
- Chcia?bym ci? prosi? o przys?ug? ojcze. Czy pob?ogos?awi?by? ten statek?
- Oczywi?cie mog? dokona? b?ogos?awie?stwa, ale po co?
Kariman wszed?, zamkn?? za sob? drzwi. Usiad? w fotelu pilota.
- Poniewa? znów postaram si? oderwa? go od ziemi - odpowiedzia? baron.
- No có?, my?l? ?e móg?bym odmówi? ma?? litani?, je?li uwa?acie, ?e to pomo?e.
Kapitan Kariman przemówi? - Tak ojcze, tak w?a?nie uwa?am.
Wyg?adzi?em szaty i wypolerowa?em swój naszyjnik z symbolem bramy skokowej, brudny od potu i piasku. Przeczyta?em krótk? litani? z Listów Apostolskich Horacego.
- Ju?. Mam nadziej?, ?e to pomo?e.
- Hmm, - powiedzia? baron - my?la?em o czym? bardziej pot??nym. Czy móg?by? teraz odmówi? to? - Poda? mi ma?? maszyn? my?l?c? z wy?wietlon? ewangeli?.
- Przecie? to jest "B?aganie Rampart"! Pochodz?ca z Apokryfy Cardana. Sk?d j? masz?
Baron wzruszy? ramionami - Zawsze by?a moj? ulubion?, ojcze.
- Ulubion?? Ortodoksja uzna?a j? za herezje w 4672. Nawet mój zakon jej zakazuje.
- Przykro mi to s?ysze? ojcze - powiedzia? baron odkr?caj?c si? do mnie w fotelu, skierowa? pistolet laserowy w moj? pier?. - Ale nie obchodzi mnie cenzura wielkich dzie?. Bez tego nie zako?czymy naszej podró?y. A teraz, pragn? aby? j? dla mnie odczyta?. W?ó? w to troch? serca.
Odebra?o mi mow?. Nie mog?em poj?? co si? dzieje. Jednak w obliczu gro?by i ?mierciono?nej broni, zgodzi?em si? na pro?b? barona. Jak? szkod? mog?a ona wyrz?dzi?? Czyta?em ju? wcze?niej t? zakazan? modlitw?. Zosta?a zakazana jedynie w?ród Ortodoksji, dlatego te? nie zosta?a uznana za szkodliw?, a jedynie za nieprawdziw?. Niegdy? po?wi?cono j? Amano z Rampart, pó?niej zosta?a nazwana fa?szerstwem. Zacz??em czyta?.
"O niewidzialne pot?gi us?yszcie moje b?aganie. Otwórzcie ?cie?k? do gwiazd i skierujcie tam moje kroki. W moich podró?ach nie oszcz?dzajcie mi nieznanych miejsc. Oka?cie mi kreacje jeszcze nie zrodzone. Niech me oczy ujrz? Wasze zasady, sekretn? ni?, która ??czy wszelkie Wasze stworzenia tak, abym móg? s?u?y? Wam z dum?."
Baron opu?ci? pistolet. - Dzi?kuje ci, mo?e teraz b?dziemy mogli odlecie?.
D?wi?ki silnika przybiera?y na sile, podczas gdy Kariman... Statek zacz?? si? trz??? i grzechota?. Przera?liwy d?wi?k rozdzieranego metalu by? coraz g?o?niejszy.
Baron popatrzy? na sufit - My?l?, ?e statek si? rozpada.
- Rozrywacie wasz w?asny statek! - krzykn??em.
- Tak - powiedzia? Kapitan Kariman - tak w?a?nie robimy. Teraz trzask by? te? s?yszalny z ty?u statku. Odwróci?em si? i otworzy?em drzwi, oczekiwa?em pal?cego ciep?a lasera na moich plecach. Gdy w?lizgiwa?em si? do holu zerkn??em na barona, który apatycznie przygl?da? si? odczytom.
- Kapitan musi i?? na dno ze swoim statkiem, ojcze. - Powiedzia? Kapitan Kariman, prze??czaj?c ka?dy mo?liwy prze??cznik w zasi?gu swoich r?k. - Czy nie jest to s?uszne? Czy? nie jest to w?a?ciwe?
Odwróci?em si? i zacz??em ucieka?. By?em przekonany, i? d?ugi pobyt na pustyni wywo?a? u nich ob??d. Statek ko?ysa? si? w przód i w ty?, silniki wpycha?y go coraz g??biej w ziemi?. Musia?em dosta? si? do tylnego w?azu, zanim do ko?ca b?dziemy zakopani.
Gdy bieg?em przez wspólne pomieszczenie, jedna z szafek otworzy?a si? pod wp?ywem napr??e? kad?uba. Wypad?o z niej cia?o i wyl?dowa?o na pod?odze przede mn?. Wydaje mi si?, ?e wtedy krzykn??em. Niew?tpliwie by? to ksi?dz, o czym ?wiadczy?a jego szata i ornat. By? jednak zaschni?ty niczym staro?ytna mumia, a przez jego gard?o bieg?a straszliwa rana. Przeskoczy?em nad cia?em i pobieg?em dalej. P?dz?c przez ostatni pasa? w maszynowni, us?ysza?em doko?a zawodz?ce d?wi?ki. Obawiaj?c si?, i? ci dwaj szale?cy zgotowali swojej za?odze los podobny do tego, który sta? si? udzia?em ksi?dza, zatrzyma?em si?, aby dowiedzie? si? sk?d bra?y si? te dziwne d?wi?ki.
Nagle drzwi od komory strumieniowej odskoczy?y i czysta energia i radiacja buchn??y do pomieszczenia. Cienie ros?y na ?cianach i suficie, jakby co? wielkiego zbli?a?o si? z oddali, blokuj?c p?yn?ce ?wiat?o. Nie ?mia?em zosta?, aby dostrzec ?ród?o cieni skr?caj?cych si? na ?cianach. Rzuci?em si? na tylni w?az, który by? zamkni?ty i zaklinowany. Mocowa?em si? z ryglem, ostatecznie wyrywaj?c go, gdy zawodz?ce d?wi?ki by?y coraz bli?ej.
- Zossssstaaa? - g?os odezwa? si? gdzie? z pokoju.
Kopn??em drzwi i tylko przemieszczanie si? statku (kad?ub walcz?cy z si?? w?asnych silników) pozwoli?o mi na ich otwarcie. Wyskoczy?em ze statku, który teraz powi?ksza? g??boki dó? w ziemi. Zmaga?em si? z obsypuj?cym si? piaskiem, próbuj?c dosi?gn?? kraw?dzi powi?kszaj?cej si? dziury. Co? zimnego musn??o moj? kostk?, wrzasn??em i skoczy?em do przodu. Z?apa?em brzeg wykrotu i wydosta?em si? na zewn?trz. Ucieka?em tak szybko, jak tylko mog?em. Kierowa?em si? ku wschodowi, do miejsca, gdzie mnie znale?li.
Nie ogl?da?em si? za siebie. By?em w delirium na skutek strachu i zimnych nocy. Dwa dni pó?niej odnalaz?a mnie ekipa ratunkowa. Kanonik Jophree wyl?dowa? bez problemu i natychmiast wezwa? pomoc. Julia we w?asnej osobie przylecia?a by mnie odszuka?, okazuj?c wi?cej troski o moje dobro, ni? móg?bym si? po niej spodziewa?. Po wielu dniach doszed?em do siebie w szpitalu ko?cielnym, prowadzonym przez amaltea?skich uzdrowicieli.
Opowiedzia?em o wydarzeniach z dwoma szale?cami i ich statkiem, lecz kanonik Jophree nie znalaz? ?adnego statku, gdy wróci? aby przeprowadzi? poszukiwania. Nie zna? on te? ?adnego Cametona o imieniu Arbuck, na pewno nie barona o tym imieniu, ale nie zaprzestanie poszukiwa?.
By? on przekonany, i? m??czy?ni byli z?odziejami artefaktów Urów. Przebrali si? za szlachcica i cz?onka gildii, aby móc dosta? si? do ruin. Najwyra?niej ich statek spad? przenosz?c jaki? psioniczny artefakt Urów, co mog?oby wyja?nia? moje halucynacje.
Jednak ja nie wierzy?em, ?e by?y to halucynacje. Ucierpia?em od ska?enia radiacyjnego oraz pozostawa?a jeszcze moja rana na kostce - Sczarny, zgni?y siniak, który do uleczenia wymaga? zbawczych technologii.
27 Listopad 4997 (Kalendarza ?wi?tej Terry)
Pisz? w swojej kabinie na pok?adzie "Wskrzeszonego", naszego nowego statku kosmicznego. W?a?nie rozmawia?em przez radio z kanonikiem Jophree. Mia? on nowe informacje dotycz?ce moich przygód, które nurtowa?y go nie mniej ni? mnie.
Jego daleka kuzynka z domu Cameton spotka?a si? z nim, wkrótce po naszym wyje?dzie, zaciekawiona dlaczego Jophree interesowa? si? osob? barona Arbucka. Okaza?o si?, ?e niejaki baron Arbuck by? przodkiem tej kobiety. On i jego za?oga zagin??a po katastrofie nad Pustyni? Tepest w roku 4562. Win? zosta? obarczony jego pilot, Kapitan Kamen, podejrzewany o opozycje (podejrzany Antynomista). W rok po katastrofie, pojawi?y si? dowody na okrucie?stwa Kamena, których dopu?ci? si? na Rampart. Najwyra?niej sta? si? on legend? na tej planecie i uto?samiany by? ze z?em.
Po wys?uchaniu tego, Jophree zorganizowa? kolejne poszukiwania na pustyni w pobli?u miejsca, gdzie zosta?em znaleziony. Odkry? pozosta?o?ci statku kosmicznego, pogrzebanego g??boko pod piaskiem, mocno naruszonego przez czas, mo?e nawet ca?e wieki. Niewiele z niego pozosta?o, ale to co znaleziono wystarczy?o by potwierdzi? jego nazw?: "B?aganie Rampart".
Materia? ze strony Holistic Design Inc.
T?umaczenie: Owner
Korekta:Marek "Morgonn" Jobda i Troy

