Cardanzo, siedz?cy po mojej lewej, u?miechn?? si? i ?ykn?? piwa. Sanjuk, po mojej prawej unios?a brew. Cz?owiek z blizn?, porucznik Harbald Drax z Munster, pochyli? si? oczekuj?co nad sto?em.
- Prosz?, opowiedz zakonniku. - powiedzia?, wpatruj?c si? we mnie, jednocze?nie machaj?c na swoich towarzyszy, przywo?uj?c ich do siebie. Wzi??em ?yczek piwa, czekaj?c a? najemnicy przysun? bli?ej swoje krzes?a. Ka?dy z nich patrzy? na mnie z podejrzliwo?ci?.
Gdy tylko usiedli, odstawi?em swój kubek i zapatrzy?em si? w faktur? drewna sto?u, jakbym odczytywa? tam jak?? wró?b?.
- Noc w czasie ?niw na Midian by?a ciemna. Peng- Lai, Ksi??ycowa Kobieta, nie wysz?a tej nocy, aby gra? na swojej lirze. Jedynie pochodnie o?wietla?y brzeg jeziora, gdzie ludzie zebrali si?, aby wymierzy? sprawiedliwo??.
Pomieszczenie ucisza?o si?, w miar? jak wszyscy zaczynali nas?uchiwa?. Dym z tuzina ró?nych zió?, z prawie takiej samej liczby ?wiatów, unosi? si? ponad naszymi g?owami, przy?miewaj?c blade ?wiat?o lamp zawieszonych nad ka?dym sto?em. Pomieszczenie by?o pe?ne sylwetek, które by?y ci??kie do rozpoznania, nawet na odleg?o?? r?ki.
- Ich schwytany szarpa? si? w swoich wi?zach, ale by?y one mocno zaci?ni?te, a wykonane by?y z wytrzyma?ej konopi. Gdyby tylko móg? on dosi?gn?? swojego monomiecza, by?by wolny. Lecz jego bro?, razem z reszt? diabelskiego sprz?tu, zosta?a zabrana przez ludzi, którzy kopali go przez ca?? drog? do jeziora.
- Stary przywódca wiejskiej bandy, odwróci? si? od czarnych wód jeziora i popatrzy? na wi??nia. Skin?? swoim ludziom, a ci zacz?li obwija? skaza?ca jeszcze wi?ksz? ilo?ci? sznura, do którego by?y poprzyczepiane kamienie ró?nej wielko?ci.
- Porwany, szale?czo próbuj?c usun?? kamienie, wrzeszcza? na swoich oprawców: "To nie legalne! Domagam si?, aby?cie natychmiast przestali i mnie uwolnili! Jak ?miecie w ogóle mnie dotyka??! Gdy moja rodzina odkryje wasz? zbrodni?, wszyscy b?dziecie martwi, a wasze dzieci sprzedane w niewol?!
- Starzec spojrza? na niego, bez ?ladu emocji na twarzy. "To i tak nie jest gorsze, od tego, co by? nam zrobi?, gdyby?my nie wzi?li sprawiedliwo?ci w nasze w?asne r?ce. Jeste? z?ym cz?owiekiem Baronie Michaelo. Wszechstwórca os?dzi, co jest z?e, a co dobre.
- "Nie macie ?adnych dowodów na swoje oskar?enia!" - krzycza? przest?pca.
- "Nie potrzebujemy ich. To nie jest s?d okr?gowy. Zabi?e? te dzieci, tym oto Republika?skim mieczem" - powiedzia?, wyci?gaj?c przed siebie r?koje?? miecza - "przed utopieniem ich w jeziorze, wyry?e? na ich ciele straszne symbole i znaki. Nie wiem, komu chcia?e? sprzeda? ich dusze, ale te dzieci nale?? do Wszechstwórcy, teraz s? w lepszym miejscu, na pewno nie w piekle, które im przeznaczy?e?."
- Przest?pca przesta? si? rzuca? a jego twarz wykrzywi? okrutny u?miech. - "Czy wiesz, co wpisa?em w ich skór?, stary g?upcze? Mowy i pakty przypiecz?towane krwi?. Postanowienia, które nie mog? by? prze?amane, przez wasz? ?a?osn? sprawiedliwo??. Róbcie ze mn?, co chcecie. Poczujecie moj? zemst?, ka?dy po kolei. Zniszczy was, wasza w?asna chciwo??!"
- "Wrzu?cie go!" - krzykn?? starzec, ch?opi podnie?li przest?pc?, wij?cego si? w ich u?cisku, i wrzucili go do jeziora. Kamienie szybko poci?gn??y go w ciemne g??biny. Kilka b?belków powietrza wydosta?o si? na powierzchni?, powoli by?o ich coraz mniej, a? w ko?cu ?aden si? nie pojawi?.
- Ludzie powlekli swoje strudzone cia?a do pobliskiej wioski i ka?dy z nich wróci? do swojego domu i zapali? ma?? ?wieczk?, która p?on??a reszt? nocy.
- W ci?gu nast?pnych tygodni ?ycie w wiosce wróci?o do normy. Dzieci, które prze?y?y, znów mog?y si? bawi? na dworze. Z ka?dym dniem pozwalano im odchodzi? coraz dalej i dalej, a? poza granice wzroku swoich rodziców. W ko?cu dzieci znów si? bawi?y jak inni rówie?nicy, zapuszczaj?c si? daleko za pobliskie pagórki i doliny.
- Ale to nie o dzieci powinni ba? si? wie?niacy. Wszyscy ci m??czy?ni, którzy uczestniczyli w morderstwie Barona Michaelo spotkali swoj? zgub?, jeden po drugim. Pierwszym z nich by? rze?nik. Zatrzyma? on sobie wspania?y sztylet my?liwski barona. U?ywa? go do oprawienia zwierzyny, któr? przynosili mu inni. Pewnego dnia, gdy obdziera? ze skóry Ontagonta, za pomoc? wspomnianego no?a, poder?n?? sobie gard?o, jednym zdecydowanym ci?ciem. Inni wkrótce go odnale?li. Krew rze?nika sp?ywaj?ca na pod?og? miesza?a si? z rozlanymi wn?trzno?ciami zarzni?tego zwierz?cia. Wszyscy przypuszczali, i? by?o to samobójstwo spowodowane udr?k? po stracie dziecka.
- Jednak?e po nim zgin?? garbarz. Zachowa? on dla siebie butelki mocnego napoju, który baron nosi? przy sobie. Winiak pochodzi? z dalekiego ?wiata, o którego po?o?eniu nikt nie mia? poj?cia. Przez wiele nocy, które min??y od czasu, gdy pomóg? z?o?y? barona w jego mokrym grobie, pociesza? swoj? winn? dusz? tym w?a?nie trunkiem. Jednej nocy wypi? ca?e trzy butelki. Jego cia?o znalaz?a ?ona. Lokalny aptekarz odkry?, i? jedna butelka nie zawiera?a wina tylko s?odk? trucizn? z gruczo?ów morderczej ungavoroksa?skiej bestii.
- Wkrótce zgin?li nast?pni oprawcy, ka?demu "pomóg?" w tym jaki? przedmiot zw?dzony od zmar?ego barona. Na nale??cej do niego linie z syntjedwabiu znaleziono powieszonego koniuszego, racjami podró?nymi udusi? si? piekarz, a aksamitna peleryna zadusi?a tkacza. Ostatni? osob? przy ?yciu pozosta? stary przywódca, który osobi?cie skaza? barona.
- Uciek? on z wioski, wierz?c, i? jest ona przekl?ta i nawiedzona. Uda? si? do miasta, gdzie jego rodzina udzieli?a mu go?ciny. Na pewno tutaj, z dala od przekl?tego jeziora, móg? uciec od straszliwego losu jego towarzyszy.
W?ród jego dobytku by? przedmiot o wielkiej warto?ci, który mia? by? sprzedany, jak tylko starzec dotrze do miasta. Transakcja mia?a uczyni? go bogatym do ko?ca ?ycia. Gdy tylko kuzyn pokaza? mu jego pokój, skuli? si? na ?ó?ku, wyczerpany po d?ugiej podró?y. K?ad?c si? spa? ?ciska? przy sobie swój skarb, boj?c si?, ?e rodzina znajdzie go w sakwie, szukaj?c ?upu. Nic nie mog?o mu przeszkodzi? w sprzedaniu tej rzeczy nast?pnego dnia.
- Obudzi?y go promienie s?o?ca skradaj?ce si? przez okno, rzucaj?ce swoje oskar?ycielskie ?wiat?o na jego oczy. Ziewn?? i przeci?gn?? si? i zgi?? si? od gwa?townego bólu. Spojrza? na swoje cia?o i na krew tryskaj?c? na prze?cierad?o - na odzienie porwane w strz?py i g??bokie, precyzyjne ci?cia pokrywaj?ce jego skór?. Cia?o mia? naznaczone symbolami i obrazami, tajemniczymi i blu?nierczymi, podobnymi do tych, które baron wyry? na swoich m?odych ofiarach.
- Starzec patrzy? si? ot?pia?y na nieczytelny tekst swojego cia?a, j?kn?? na ten widok i opar? si? na r?kach, które nadal ?ciska?y skarb, który tak strasznie ba? si? utraci?. J?cz?c z przera?enia wypu?ci? r?koje?? monomiecza. Miecz spad? z ?ó?ka i potoczy? si? do konta, w którym si? zatrzyma?.
- Wypad? z pokoju i wybieg? na ulic?, wo?aj?c o ksi?dza, o uzdrowiciela, o kogokolwiek, kto móg?by ocali? p?omie? jego duszy. ?lad krwi ci?gn?? si? za nim. Rany nie zamyka?y si?, tak precyzyjne by?y ci?cia, ?e nie by?o ?adnego miejsca, gdzie cia?o mog?oby si? zrasta?. Umar? zanim dobieg? do nast?pnego segmentu, krew ca?kowicie odp?yn??a z jego cia?a.
W?adze ko?cielne zosta?y wezwane, do przeprowadzania ?ledztwa. Po obejrzeniu znaków na ciele, przeszukali rzeczy przywódcy wioski, szukaj?c jakichkolwiek znaków zabójcy. Znale?li ostrze na pod?odze, i rozpoznali zdobienia wyryte w g?owicy.
- Trzy dni pó?niej m?ody ?ledczy z zakonu Eskatonicznego zawita? w posiad?o?ci Michaelo. Zosta? przywitany przez s?u??cego i zaprowadzony do biblioteki. Tam czeka? tylko par? minut, gdy wszed? baron, ?wie?o po lunchu, którego ostry zapach przenika? przez jego szat?. Szlachcic przeprosi? za swój wygl?d. T?umacz?c si? dopiero, co przebyt?, d?ug? chorob?, która sprawi?a, i? jego skóra sta?a si? blada i ciastowata, a rany wolniej si? goj?.
- Zakonnik czuj?c md?o?ci spowodowane smrodem, wyj?? miecz i zapyta?, czy jest to w?asno?? Barona. Ten zabra? ostrze, i powiedzia?, i? zgubi? je dwa sezony temu, gdy jego ?ód? przewróci?a si? na jeziorze le??cym na po?udnie. Ju? mu si? wydawa?o, ?e go nigdy nie odzyska.
- Ksi?dz, zbyt zemdlony by d?u?ej prowadzi? przes?uchanie, zapomnia? o pilno?ci swojej misji. Pragn?? jedynie zaczerpn?? ?wie?ego powietrza. Po?egna? barona, odnalaz? drog? do wyj?cia i dosiad? konia, czekaj?cego na podwórzu.
- "Je?li jest co? czego nie mog? znie?? - rzek? do swego wierzchowca - to smród martwej ryby". Odjecha? on do miasta, gdzie zaj?? si? swoimi codziennymi modlitwami i przesta? si? zastanawia? nad ca?? spraw?.
Opar?em si? i wzi??em du?ego ?yka piwa, patrz?c na twarze tych, którzy byli najbli?ej.
Cz?owiek z blizn? zmarszczy? brwi - "Co by?o pó?niej?"
Wzruszy?em ramionami. - "Nie wiem. S?ysza?em t? opowie??, gdy by?em m?odym nowicjuszem na Midian. Ksi??a z mojego zakonu zarzekali si?, ?e baron nadal przebywa w swojej posiad?o?ci. Czasami opuszcza j?, chc?c si? odp?aci? ch?opom, którzy o?miel? si? sprzeciwia? szlachcie."
Jeden z najemników przemówi? - "Nie rozumiem tego. Brzmi to za bardzo jak moralitet. Nie rozpuszcza? ch?opów." Inni mrukn?li przytakuj?co. Niski najemnik, starszy od innych, siedz?cy pod ?cian? powiedzia? - "Widzia?em go, tego ca?ego Barona Michaelo. Pracowa?em raz dla niego. To prawda, ?e ?mierdzi zgni?ym morzem."
Najemnicy wyciszyli si? - "Tak? To wcale nie musi znaczy?, ?e jest on czarnoksi??nikiem. Mo?e mia? zdalne sterowanie do swojego ostrza. Móg? nim posieka? tego cz?owieka na odleg?o??."
Stary najmita pochyli? si? do przodu - "A co z reszt? jego rzeczy? My?lisz, ?e jego nó? i peleryna, te? by?y zdalnie sterowane? Istniej? rzeczy, których ?adna gildia naukowców nie potrafi nazwa?, i w ko?cu dopadn? nas wszystkich." Cz?owiek z blizn? wybuchn?? szyderczym ?miechem - "To tylko niesamowite historyjki Pu?kowniku. Nic nie znacz?. Po prostu historie strasz?ce ludzi, to wszystko. Mo?e dzia?aj? one na wie?niaków, ale nie na takich twardzieli jak my. No nie ch?opaki?"
- " Na gehenne, Nie!!! - wykrzykn?? jeden z najemników, a drugi doda? - " Musisz bardziej si? stara?, Ksi??e!"
Najemnicy wstali i wrócili do swoich stolików, rozbijaj?c si? na powrót na ma?e grupki. Blizna popatrzy? na mnie - "Niez?a próba, zakonniku. Ale nast?pnym razem dodaj do tego jaki? nawiedzony statek kosmiczny, albo co? podobnego. No wiesz, co?, co mog?o si? naprawd? wydarzy?!" Wsta? i podszed? do baru, prosz?c o dolewk?.
Cardanzo popatrzy? na mnie - "Czy ta historia jest prawdziwa?"
- " Nie jestem pewien, ale wiem jedno: ca?y czas nie mog? znie?? smrodu zdech?ej ryby".
Materia? ze strony Holistic Design Inc.
T?umaczenie: Owner
Korekta: Morgonn

