Deszcz pada? ju? drugi dzie? bez przerwy. Powietrze wype?ni?o si? wilgoci?, przenikaj?c? ka?de, nawet najgrubsze odzienie. Na domiar z?ego by?o ch?odno, jak to na jesieni. Jog siedzia? w milczeniu na konarze roz?o?ystego d?bu. Li?cie szele?ci?y na wietrze opowiadaj?c histori? tej ziemi, Jog ju? w m?odo?ci nauczy? si? s?ucha? takich opowie?ci. Najbardziej lubi? te spokojniejsze, podobne do falowania morza. Tej nocy jednak nie zwraca? uwagi na mow? lasu. Spogl?da? natomiast na rozci?gaj?c? si? poni?ej dolin?, uporczywie wpatrywa? si? w ledwo zauwa?aln? ciemn? ni? drogi. Wi?a si? ona w dole niczym rzeka, zakolami omija?a ska?y i zaro?la. Lekko unosz?c si? w gór? dociera?a w ko?cu do kilkunastu budynków. Jeden z domów, ten z zielon? dachówk? nale?y do Joga. W?a?ciwie to nale?a?, bo teraz siedz? tam znienawidzeni naje?d?cy. Ciemi??yciele. "Ale jeszcze tylko kilka dni..." - obiecywa? sobie obserwator poprawiaj?c si? na swoim miejscu - "...i wszystko b?dzie tak jak dawniej".
Jog zbli?a? si? do swych trzydziestych urodzin, gdy w czerwcu gwiezdna wrota w jego uk?adzie otworzy?y si? na nowo. Nikt z ?yj?cych nie pami?ta? kiedy, ostatnio by?y sprawne. Wydawa?o si? ?e wi?cej si? ju? nie zadzia?aj?.
Zza wrót przybyli ludzie, "szpony" i "podpalacze" jak nazywa?a ich miejscowa ludno??. Od pocz?tku by?o wiadomo czego chc?, wbrew ich zapewnieniom o pokojowym nawi?zaniu kontaktu przywie?li ze sob? sprz?t wojskowy. Stanowczo za du?o jak na wizyt? dyplomatyczn?. Szpony, albo Hazaci - jak sami si? kazali nazywa?, zaj?li staro?ytny port kosmiczny i rozpocz?li jego odbudow?. Podpalacze - "Inkwizytorzy" natomiast zaraz po przybyciu, pocz?li wznosi? ?wi?tyni?. Obie grupy umie?ci?y swoje placówki w pobli?u stolicy planety. W?adze nie protestowa?y, nie chc?c dra?ni? pot??nych przybyszy. Nakazano jedynie obserwacj? ich poczyna? przez miejscowe si?y policyjne.
Po kilku tygodniach zwyk?ych wymian dyplomatycznych Hazaci za??dali wpuszczenia kap?anów Inkwizycji do ?wi?ty? na ca?ej planecie, w celu, jak to uj?li, "skorygowania b??dnych za?o?e? waszej wiary". Wymusili zgod? i wtedy rozpocz?? si? terror. Nowi kap?ani byli bezwzgl?dni, rozpocz??y si? ?ledztw, egzekucje i "nawracanie". Którego? dnia lipca t?um zdesperowanych mieszka?ców stolicy zorganizowa? demonstracj? przed dopiero co uko?czon? ?wi?tyni? inkwizytorów. Wysoki l?ni?cy budynek by? chroniony przez ?o?nierzy Hazatów. W pewnym momencie stra?nicy otworzyli ogie? do demonstrantów, podobno zachowywali si? agresywnie i zaatakowali pierwsi. Prawda by?a zgo?a inna...
Wkrótce potem Hazaci przej?li w?adz? nad planet?, pod pretekstem poprawy jej sytuacji. I wtedy przestali dba? o pozory, w przeci?gu dwóch miesi?cy zduszono wszelkie próby oporu, stosuj?c przy tym brutalne metody.
Dok?adnie tydzie? temu Jog, wraz z pozosta?ymi mieszka?cami swego miasteczka, zosta? wygnany z domu i pozbawiony wszelkich ?rodków do ?ycia. Uciek? z transportu którym wywo?ono jego s?siadów w "nowe, lepsze dla was miejsce" i skry? si? w górach. W?ród le?nej g?uszy znalaz? obóz. Obóz pe?en uciekinierów, z innych, podobnych do jego, miast. Jednak Ci ludzie nie zamierzali sp?dzi? reszty swojego ?ycia w puszczy. Mieli zamiar odebra? to co nale?a?o do nich. Si??, bo innej drogi ju? nie widzieli. Dla nich liczy?a si? ju? tylko wolno??, za któr? gotowi byli polec. On równie? postanowi? w??czy? si? do walki. Kiedy podejmowa? t? decyzj? praktycznie nie zna? si? na wojennym rzemio?le, jednak dowódcy partyzantki byli niegdy? ?o?nierzami. Zadbali o to aby ich podw?adni poznali chocia? podstawy. Posiadali równie? bro?, nie za du?o ale na pocz?tek wystarczy?o.
Tak wi?c teraz, Jog siedzia? w przemokni?tym zielonym p?aszczu i wpatrywa? si? w ciemno?? usi?uj?c dojrze? transport jaki mia? dotrze? do bazy przeciwnika. Sam nie mia? poj?cia sk?d dowódcy mog? posiada? takie informacje, ale specjalnie si? nad tym nie zastanawia?. By? prostym cz?owiekiem. Ze wzgl?du na jego sokoli wzrok i znajomo?? lasu wybrano go do tego zadania. By? dumny i jednocze?nie pe?en l?ku. Nie o ?ycie, a o powodzenie misji.
Kiedy wiatr wraz z deszczem ch?osta?y jego cia?o coraz mocniej, dojrza? daleko na drodze ?wiat?o. Kilka odleg?ych punktów sun?cych powoli w gór? zbocza. Jog si?gn?? do torby która zwisa?a z ga??zi ponad nim i wyci?gn?? stamt?d czarne pude?ko. Mokrymi i dr??cymi z napi?cia d?o?mi wydoby? z niego co? co przypomina?o aparat fotograficzny z dziwacznie przed?u?anym obiektywem. Sam Wódz uczy? go jak tego u?ywa?. Zwiadowca, zgodnie z instrukcjami, przy?o?y? urz?dzenie do oczu. Zdziwi? si? jako?ci? obrazu jaki ukaza? si? jego oczom. Widzia? jak na d?oni kolumn? pojazdów poruszaj?cych si? w dole. Na przedzie jecha? lekki ?azik kryty zielonym brezentem. Kilkadziesi?t metrów za nim pod??a? wóz opancerzony, wielka szara puszka na dwóch parach g?sienic i z olbrzymi? anten? ko?ysz?c? si? w górze. Dalej wida? by?o cztery ci??arówki z wyra?nymi oznakowaniami Hazatów na bokach. Ca?y pochód zamyka? cywilny samochód. Jog uwa?nie spogl?da? na kawalkad? i zapisywa? w pami?ci wszystkie szczegó?y jaki zauwa?y?. Kiedy wreszcie konwój znikn?? mi?dzy zabudowaniami miasteczka, cz?owiek z ga??zi zr?cznie spakowa? aparat do torby, któr? zarzuci? sobie na ramie, i jednym skokiem znalaz? si? na ziemi. Odwróci? si? w stron? ciemnego lasu i znikn?? mi?dzy drzewami, nie wydaj?c przy tym najmniejszego szmeru.
* * *
S?o?ce dopiero zaró?owi?o horyzont gdy wartownik ruszy? na kolejny obchód. Powietrze by?o rze?kie, zapowiada? si? ca?kiem ?adny dzie?. Jedyny niepokój mog?y budzi? ciemne chmury znajduj?ce si? daleko w oddali, nad szczytami gór.
M??czyzna min?? stoj?ce w rz?dzie ci??arówki przyby?e zesz?ej nocy i ludzi pracuj?cych przy ich roz?adunku. Przez chwil? patrzy? na ci??kie drewniane skrzynie wydobywane z wn?trz pojazdów, po czym ruszy? dalej. Dotar? na skraj zabudowa? i dojrza? ?o?nierza stoj?cego w po?piesznie zbudowanej stró?ówce. Machn?? mu porozumiewawczo i wyszed? z miasta. Skr?ci? obok krzaków porastaj?cych skraj asfaltowej drogi i pomaszerowa? wzd?u? ?ciany lasu stoj?cej naprzeciw zabudowa?.
Nie ?pieszy? si?, nie mia? dok?d. Utkn?? w tej dziurze na dobre, pociesza? si? tylko tym ?e nie musia? walczy? z miejscowymi jak jego koledzy z jednostek bli?ej miast. Tu panowa? spokój odk?d wywieziono mieszka?ców wioski do obozów. Nie zazdro?ci? im, widzia? kiedy? tak? placówk?. Brud, ból i rozpacz uwi?zionych. Porzuci? te my?li gdy poczu? wezwanie p?cherza. No tak, popi?o si?. Wszed? mi?dzy drzewa na jakie? kilkadziesi?t metrów i znalaz? odpowiednie miejsce.
Jog pierwszy ze swojego oddzia?u dojrza? Hazackiego ?o?nierza. Chwil? potem reszta le?a?a w ukryciu daj?c sygna?y pozosta?ym grupom, a on skrada? si? powoli w stron? ofiary. W r?ku trzyma? nó? do chleba. D?ugi i zaostrzony. Metal b?yszcza? zimnym blaskiem, jakby ?akn?c krwi. B?d?c ju? kilka metrów z ?o?dakiem Jog us?ysza? ?e tamten pogwizduje, melodia szybko wpad?a przysz?emu mordercy w ucho. Nie zatrzyma? si? jednak. Utkwi? wzrok w plecach wartownika, nic wi?cej nie mia?o znaczenia. Gdy ofiara poprawi?a spodnie i zacz??a si? odwraca? w stron? miasta, Jog wyskoczy? do przodu z ostrzem uniesionym do ciosu. Zaskoczony ?o?nierz nie si?gn?? nawet po bro? wisz?c? na jego plecach. Nó? zag??bi? si? w jego klatce piersiowej a? po r?koje??.
Ra?ony ?miertelnym ciosem zacisn?? r?ce na r?koje?ci broni próbuj?c j? wyszarpn??, by? jednak ju? martwy. Osun?? si? na ziemi? z cichym j?kiem, ca?y czas wpatruj?c si? w ciemne oczy swego zabójcy. Chwil? potem znieruchomia? ca?kiem.
Jog pochyli? si? nad cia?em i wyszarpn?? swój nó?. Prostuj?c si? spojrza? na krew pokrywaj?c? ostrze, parowa?a w zimnym powietrzu. Nast?pnie spu?ci? wzrok na trupa. "Wi?c tak to si? odbywa..."- zimno stwierdzi?, sam zaskoczony brakiem reakcji ze swojej strony. Wiedzia? ?e teraz ju? nie b?dzie mia? ?adnych oporów przed zabijaniem. P?k?a w nim jaka? tama, hamuj?ca dzia?ania. Ju? nigdy nie b?dzie tym samym cz?owiekiem, poczu? wstr?t do samego siebie, ale tylko przez chwil?. Zaduma trwa?a krótko. Trzeba by?o dzia?a?, dyscyplina wyrobiona przez te kilka tygodni sp?dzonych w le?nym obozie wzi??a gór? nad emocjami. Zabójca pochyli? si? nad cia?em raz jeszcze. Zabra? karabin, zapasowy magazynek i pas na którym wisia?y dwa granaty. Prostuj?c si? Jog spojrza? ostatni raz w oczy martwego, teraz takie puste, bez wyrazu. Nie?ywe.
Odzia? zd??y? si? ju? uformowa? w klin i Jog zaj?? swoje miejsce w szyku. Tu? obok dowódcy. Nikt nic nie mówi?. Trup za ich plecami by? pierwsz? ofiar? ich zrywu, wszyscy wiedzieli ?e nie jest te? ostatni?. Pad?a komenda, ruszyli w dó? zbocza, ku miastu. Kilkana?cie zgarbionych sylwetek, zbiega?o po nierównym le?nym terenie omijaj?c le??ce k?ody i rowy. W kilka sekund potem, wynurzyli si? z pomi?dzy drzew. Od pierwszych zabudowa? dzieli?a ich jeszcze niewielka otwarta przestrze? poro?ni?ta traw?, z kilkoma g?azami wielko?ci dziecka. Jog bieg? równo, jak wszyscy, ale serce wali?o potwornie. W ?o??dku czu? ?ar, a po plecach sp?ywa?y mu krople zimnego potu. Przewieszony przez plecy mia? zdobyczny karabin, natomiast w r?ku trzyma? gotow? do strza?u ci??k? kusz?. Nie mia? pancerza, ?aden z nich go nie mia?.
W po?owie drogi Jog po?lizgn?? si? na mokrej trawie, kiedy upada? poczu? powiew powietrza tu? przy lewym uchu i odg?os wystrza?u. Przewróci? si? na brzuch i od razu spostrzeg?, na werandzie najbli?szego domu, strzelca z broni? u?o?on? wzd?u? ramienia. Zanim zd??y? si? ruszy? kolejny huk przerwa? cisz? poranka i k?pka trawy zosta?a wyrwana kilkana?cie centymetrów od jego barku. Jog przewróci? si? na bok, wyci?gaj?c spod siebie kusz?. Krótko wycelowa? i zwolni? spust. Be?t pomkn?? w stron? cz?owieka przed domem, równocze?nie z nim do celu ruszy?o kilka kul. Strza? Joga trafi?, podobnie jak pociski jego towarzyszy, ?o?nierza w klatk? piersiow? rzucaj?c go dwa kroki do ty?u, wprost na stos paczek ustawionych pod oknem domu.
Partyzanci, nie czekaj?c na wyra?ny rozkaz, rzucili si? do przodu. Da?o si? ju? s?ysze? zaskoczone krzyki Hazackich ?o?daków. Jog dopad? ?ciany domu na werandzie którego le?a? martwy strzelec. Kucaj?c schylony pod oknem obserwowa? jak reszta atakuj?cych dobiega do kilku innych budynków na obrze?ach miasteczka. Zobaczy? te? swego dowódc? ku?tykaj?cego ku niemu. "Co? mu si? sta?o z nog?, mo?e upad? podobnie jak ja i skr?ci? kostk?? Gorzej je?li to z?amanie...". Strza? z okna ponad Jogiem przerwa? jego rozmy?lania. Kawa?ki szk?a posypa?y si? z góry, kalecz?c g?ow? i r?ce. Partyzant spogl?da? jednak na m??czyzn? przed sob?. Na jego szyj? rozerwan? pociskiem wystrzelonym z okna. Na oczy spogl?daj?ce w niebo. Na pistolet wypadaj?cy z r?k, strumienie krwi zalewaj?ce mundur i traw? wokó?. Wszystko trwa? zaledwie chwil? która dla obserwatora wydawa?a si? d?ug? godzin?. Jog bezradnie patrzy? na upadaj?ce cia?o, nie my?la?, nie czu?- ale tylko przez chwil?. Zanim strzelec z okna wycofa? si?, w g??b pokoju wpad? owalny przedmiot. ?o?nierz odwróci? g?ow? by ujrze? granat upadaj?cy na pod?og?. Z oczami rozszerzonymi z przera?enia rzuci? si? przez okno.
Eksplozja wstrz?sn??a domem, kilkadziesi?t od?amków przeci??o ze ?wistem powietrze wbijaj?c si? w drewniane ?ciany. Hazat niesiony si?? wybuchu, ci??szy teraz o kilka gramów, wypad? przez okno. Wprost przed Joga, który nie trudzi? si? by ogl?da? poszarpane oblicze zabitego. Z karabinem w r?ku, jednym susem wpad? do wn?trza domu. W powietrzu unosi? si? jasny dym. W uszach mu dzwoni?o, niewiele s?ysza?, dojrza? jednak ciemny kszta?t na pod?odze. Cz?owiek, jeszcze ?ywy. Kolejny strza?. Ju? martwy.
Jog z broni? w r?ku ruszy? do przedpokoju z którym ??czy? si? pokój gdzie sta?. S?uch mu wróci?, na zewn?trz rozgorza?a ju? walka. S?ycha? by?o wystrza?y i krzyki. Znalaz?szy si? w sieni budynku zamierza? wybiec na zewn?trz. Jednak przez huki strza?ów us?ysza? co? jeszcze. Szum i przekle?stwa, dochodzi?y z pi?tra budowli. Partyzant powoli ruszy? do schodów znajduj?cych si? obok drzwi wej?ciowych. Z ka?dym stopniem szum s?ycha? by?o coraz wyra?niej. Na pi?trze by?y dwie pary drzwi, jedne uchylone. To w?a?nie zza nich dobiega? szum. Jog podszed? do nich i kopni?ciem otworzy? na o?cie?. Wewn?trz pomieszczenia sta?o biurko, na nim natomiast radiostacja. Przed sprz?tem na taborecie siedzia? ?o?nierz który teraz spogl?da? z l?kiem na intruza w drzwiach. Nie d?ugo. Seria z karabinu dosi?g?a operatora i urz?dzenie. J?k zmiesza? si? z przerwanym szumem i zgrzytem uszkodzonego radia. W powietrze wzlecia?y kartki które zabity trzyma? w d?oni. Jak p?atki wielkich kwiatów opad?y na jego cia?o rozpostarte poni?ej biurka. Zabójca podszed? do uchylonego okna. Na zewn?trz walka powoli dobiega?a ko?ca. Na ziemi mi?dzy budynkami le?a?o kilkana?cie cia?- wi?kszo?? nale?a?a do obro?ców, kilka jednak by?o znajomych. Jog wypatrzy? w?ród zabitych m??czyzn? imieniem Kraz, rybaka wyp?dzonego ze swego domu zupe?nie jak on. Zaprzyja?nili si? przez te kilka tygodni sp?dzonych razem w obozie. Raz nawet wspólnie ?owili ryby. Dalej sta? transporter opancerzony który jeszcze wczoraj wspina? si? po stromej drodze w kolumnie ci??arówek. Teraz z jego górnego w?azu wychyla? si? martwy kierowca. Kula dosi?g?a go zanim skry? si? w bezpiecznym wn?trzu pojazdu.
Jog obserwowa? jak jego towarzysze wychodz? powoli z ukrycia, i metodycznie poszukuj? pozosta?ych przy ?yciu Hazackich ?o?daków. W pewnym momencie zauwa?y? k?tem oka wyp?owia?y br?zowy mundur w oknie przeciwleg?ego domu. B?yskawicznie z?o?y? si? do strza?u i wypali?. Jednak wróg by? szybszy, zd??y? zastrzeli? jednego z partyzantów zanim sam straci? ?ycie. Jog nie czeka? ju? d?u?ej przy oknie. Zbieg? po schodach i do??czy? do swej grupy. Z dwudziestu pozosta?o ich dwunastu. Bez oficera. Wygl?da?o jednak na to, ?e drugi oddzia? ucierpia? mniej. Jego zadaniem by?o odci?cie drogi ucieczki obro?com, a przecie? nikt nawet nie próbowa?.
W miasteczku nasta?a cisza. Jog i jego towarzysze sprawdzili pozosta?e budynki, nie znajduj?c nikogo wi?cej. Pozostali ju? tylko oni i trupy zabitych. Powoli zacz??y wraca? uczucia. Odraza i satysfakcja. Z?o?? i euforia. Wszystko to pocz??o si? kot?owa? w duszach tych co prze?yli. Uda?o si?, ale czy by?o warto? Tak, rozniecili ogie? który wkrótce ogarnie ca?y Iver, cho? nikt nie mia? pewno?ci czy s?usznie. Jogiem równie? pocz??y szarpa? w?tpliwo?ci. My?la? intensywnie, czu? krew na swych r?kach i wiedzia? ?e nie zmyje jej ju? niczym. Obieranie ?ycia zawsze jest z?e. Przecie? tak nie powinno by?, to nie nam dane jest o tym decydowa?. Wi?c dlaczego? Tak by?o zawsze, i chyba b?dzie ju? do ko?ca. Wojna musi by? cz??ci? ludzkiej duszy.
Pojedynczy strza? zaskoczy? wszystkich. Pad? spod transportera, kto? si? tam ukry?. Jog chcia? strzela? ale poczu? gor?co na piersi. Spojrza? na swój tors, rozerwana kurtka nasi?ka?a krwi?. Czemu nie czu? bólu? Niemoc pocz??a go ogarnia?. Upad? na kolana. Nie s?ysza? wystrza?ów, ani ?wistu przelatuj?cych pocisków. Nie widzia? jak m?ody ?o?nierz umiera po transporterem. Patrzy? w niebo. Jak to dobrze zobaczy? b??kit tu? przed ?mierci?... Ju? wiedzia? ?e umiera. Chwil? jeszcze trzyma? si? na kolanach, potem ziemia uderzy?a go w twarz. Poczu? falowanie, delikatne fale. Tafl? wody, a on na niej. Kto? odwróci? go na plecy. Znowu niebo, jakie niebieskie. Przymkn?? oczy, pogr??y? si? w tej ch?odnej toni, takiej spokojnej. Nic wi?cej si? nie liczy, tylko spokój, absolutna harmonia, nic wi?cej, tak, jest blisko.....
Pawe? "Pawkin" Oleszek

