Krótka historia

Fiodor dopi? piwo do ko?ca, i odstawi? pust? szklank? na stó?. Spojrza? na dwójk? siedz?cych przed nim m??czyzn. Od razu by?o wida?, ?e s? ze sob? spokrewnieni, prawdopodobnie ojciec i syn. Starszy mia? oko?o pi??dziesi?ciu lat, szczup??. G?adko ogolon? twarz, i przenikliwy, nieprzyjemny wzrok. Ostre rysy oraz orli nos dope?nia?y ca?o?ci. Wgl?da? na osob? zdecydowan? i pewn? siebie. M?odszy by? do niego bardzo podobny, w?a?ciwie ró?nili si? tylko ilo?ci? zmarszczek i w?osów na g?owie. Ten starszy by? prawie kompletnie ?ysy. "Tak, z pewno?ci? ojciec i syn" - pomy?la? Fiodor Haskov, ca?y czas czekaj?c a? który? z nich si? odezwie. Siedzieli ju? tak kilka d?ugich sekund, obserwuj?c si? wzajemnie.

- Chyba dobrze trafili?my, nieprawda? synu? - Starszy spojrza? na swoj? m?odsz? o jakie? trzydzie?ci lat kopi?.
- Chyba tak, ojcze.
- Moje imi? Gunter - teraz zwróci? si? do Fiodora. - A to mój syn, jedyny syn, Magnus.
- Fiodor Haskov. A to mój wspólnik, jedyny wspólnik, Ted Rester - odpowiedzia? mu z lekkim u?miechem.

Obok Fiodora siedzia?, wygodnie rozparty w krze?le, wysoki, szczup?y lekko przygarbiony cz?owiek. Ubrany by? w czarny p?aszcz, jego twarz pokryta by?a lekkim zarostem, który do?? nieudolnie zakrywa? obrzydliw? blizn? biegn?c? od ko?ca ust, a? po szyj?. By?a to pami?tka po pewnym, wyj?tkowo walecznym i porywczym szlachcicu, z którym Rester mia? nieprzyjemno?? zadrze?. By? wtedy jeszcze m?ody i g?upi. Obok niego sta?a, oparta o ?cian? pi?kna, kunsztownie wykonana strzelba. Haskov wiedzia?, ?e jego towarzysz nigdy si? z ni? nie rozstawa?. Szed? z ni? nawet do ?ó?ka.

- Mi?o mi pozna? - u?miechn?? si? równie? Gunter. - Nie przyszli tu panowie jednak po to by wymienia? z nami grzeczno?ci. My z reszt? równie?. Proponuj?, wi?c jak najszybciej sko?czy? spraw?.
- ?wietna propozycja - odezwa? si? Rester. G?os mia? nieprzyjemny i zachrypni?ty.
- Dobrze. Rozumiem, ?e obecno?? panów tutaj ?wiadczy o tym, i? po rozmowie z moim bratem, przyj?li panowie wst?pne warunki i chc? pozna? szczegó?y?
- Tak, dok?adnie o tym ?wiadczy nasza obecno?? - odpowiedzia?, nie przestaj?c si? u?miecha? Fiodor.
- To ?wietnie. Lubi? ludzi bezpo?rednich, a na takich panowie wygl?dacie. Wtedy naj?atwiej robi si? interesy, i dochodzi do porozumienia - u?miechn?? si? jeszcze szerszej Gunter.

Ponownie zapad?a kilkusekundowa cisza. Ca?a czwórka przez chwil? patrzy?a na siebie. Haskov zacz?? zauwa?a? na twarzy swego towarzysza narastaj?ce zniecierpliwienie.

- Wi?c prosz? przej?? do konkretów.

Gunter przesta? si? u?miecha?. Rozejrza? si? uwa?nie po lokalu. Oprócz nich by?o tu jeszcze kilka osób w stanie wskazuj?cym na znaczne spo?ycie, dwie kelnerki i kilka dziwek patrz?cych ca?y czas zach?caj?co w ich kierunku. Bar "Gwiezdny py?" nigdy nie by? specjalnie popularny. Poza tym by?a jeszcze do?? wczesna pora. Upewniwszy si?, ?e nikt ich nie pods?uchuje, Gunter zacz?? mówi?.

- Panowie, na wst?pie chcia?bym zaznaczy?, ?e sprawa jest bardzo delikatna i poufna. Po wykonaniu swojej roboty opu?cicie niezw?ocznie planet? i przez bardzo d?ugi czas, a najlepiej w ogóle ju? si? tu nie pojawicie.

Obaj z Resterem kiwn?li powoli g?owami.

- ?wietnie. Mój brat pewnie wi?kszo?? wam ju? powiedzia?, wi?c b?d? si? streszcza?. Wiecie, ?e waszym celem b?dzie zdobycie pewnych danych, jako ?e ?aden z panów nie potrafi pos?ugiwa? si? takimi skomplikowanymi maszynami, wynajmiemy wam kogo? do pomocy.

Haskov skrzywi? si?.

- Pracujemy sami. Poza tym wi?cej osób b?dzie oznacza?o mniej pieni?dzy dla nas.
- Panie Haskov. To miejsce b?dzie chronione, do tego jak powiedzia?em, nie b?dziecie w stanie wydoby? potrzebnych nam informacji. Ta sprawa jest ju? przes?dzona.
- A co z fors?, dostaniemy wi?cej - zirytowa? si? Rester.
- Nie, w kwestii liczby zer ju? si? dogadali?my. To nie podlega dyskusji.
- Jak to nie podlega? Nie by?o mowy o kim? jeszcze! Nam zale?y na pieni?dzach, nie b?dziemy robi? tego za frajer!
- A mi zale?y na powodzeniu misji, i prosz? tak nie krzycze? panie Rester. Zaufajcie mi, sami i tak sobie nie poradzicie. Pieni?dzy i tak dostaniecie tyle, ?e powinni?cie by? zadowolenie.

Ted chcia? jeszcze co? powiedzie?, ale Fiodor powstrzyma? go szybkim ruchem r?ki.

- Je?li pan uwa?a ?e taka pomoc jest niezb?dna, niech pan nam wi?cej zap?aci, albo wynajmie kogo? innego. Te dwadzie?cia tysi?cy feniksów mia?o by? tylko dla nas. To ma pozosta? niezmienione.

Na twarzy Guntera pojawi?o si? lekkie zniecierpliwienie.

- Panowie. Powiedzia?em ju? ?e nie b?d? si? z wami targowa?. Musieli?cie ?le zrozumie? mojego brata. Te pieni?dze nawet podzielone na cztery, a nie na dwie cz??ci to i tak spora sumka. Je?li zaczniemy o nich dyskusj?, wstaniemy wraz z synem i opu?cimy ten lokal. Jak b?dzie?

Fiodor spojrza? z ukosa na Restera. Obaj, chocia? z wielk? niech?ci? i oci?ganiem, kiwn?li g?owami potakuj?co.

- Doskonale - rozpogodzi? si? znowu Gunter. - Na czym to stan?li?my...
- Mia?e? dopiero zacz?? ojcze - po raz pierwszy odezwa? si? Magnus.
- Tak, w?a?nie mia?em zacz?? - wyraz skupienia ponownie zago?ci? na jego twarzy. - Miejsce do którego si? panowie udacie znajduje si? nieca?e cztery kilometry na pó?noc od miasta. Jest to pewien rodzaj bazy. Niski, parterowy budynek ukryty w d?ungli, z naszych informacji wynika ?e posiada jeszcze piwnice. To ona b?dzie waszym celem, tam znajdziecie dane które nas interesuj?. Zreszt? dostarczymy wam dok?adny plan tego budynku.
- Do kogo on nale?y? - Przerwa? mu Fiodor.

Gunter zawaha? si? przez chwil?, zastanawiaj?c si? czy odpowiedzie? na to pytanie. W ko?cu odezwa? si? Rester.

- Niewa?ne. Lepiej powiedz jak jest chroniony.
- Przypuszczamy ?e w ?rodku mo?e by? w nocy od czterech do sze?ciu stra?ników. Jeden albo dwóch ma z regu?y wart? na zewn?trz.
- Powtarzam moje pytanie: do kogo on nale?y? - Haskov spojrza? poirytowany na swego towarzysza, a nast?pnie wbi? wzrok w swojego rozmówc?. Widz?c ?e tamten nie ?pieszy si? z odpowiedzi? kontynuowa?. - Panie Gunter. Po pierwsze chce wiedzie? do kogo b?d? strzela?, i komu wejd? w drog? w chwili kiedy tam dotr?. Po drugie gdy ju? tam b?dziemy i tak zorientujemy si? pewnie kto tam urz?duje. Nieprawda?? Mo?e wi?c nam pan to powiedzie? teraz.
- Jest to rodzaj laboratorium, nale?y do gildii in?ynierów - powiedzia? niech?tnie ich przysz?y pracodawca.
- Wysokie progi, panie Gunter.
- Mo?e - odpowiedzia? spokojnie starszy m??czyzna - Od chwili kiedy si? wszystko zacznie b?dziecie mieli kilkana?cie minut na ewakuacje. Potem dojad? tam prawdopodobnie posi?ki z miasta.
- Du?o wiecie - Fiodor dotkn?? kolby jednego ze swoich dwóch pot??nych pistoletów, umieszczonych w kaburach pod pachami.
- To nie pana sprawa, panie Haskov - ostro uci?? Gunter.

Zniecierpliwiony Tester uderzy? pi??ci? w stó?.

- Do jasnej cholery, Fiodor! Przylecieli?my tu rano, gadali?my z tym Wespezjuszem i od tego czasu siedzieli?my w tej melinie i czekali?my na nich! Je?li nied?ugo mamy odlatywa? to chcia?bym si? jeszcze troch? zabawi?! Ko?czcie to szybko i przesta?cie gada? bez sensu!

Gunter u?miechn?? si? szeroko.

- My te? chcemy jak najszybciej uda? si? do domu, prosz? zachowa? spokój pani Tester. Wiecie ju? o co chodzi. Dane które macie zdoby? s? w podziemiach budynku. Mój brat zaj?? si? ju? rekrutacj? drugiej grupy, tam b?dzie osoba, która jako jedyna b?dzie umia?a je zdoby?. Radz? wi?c panom dobrze jej pilnowa?.
- Kto to b?dzie? - Zainteresowa? si? Fiodor.
- Jeszcze nie wiem. Wiem natomiast ?e pan, panie Haskov zadaje za du?o pyta?. Niech si? pan lepiej skoncentruje na robieniu interesów a nie polityki - Gunter podniós? ostrzegawczo palec do góry.
- Chc? robi? interesy, dlatego chcia?bym ujrze? te dwadzie?cia tysi?cy feniksów.

Na twarzy Testera pojawi?o si? nagle, nieobecne do tej pory zainteresowanie. Gunter zaskoczony wyprostowa? si?.

- Nie ufacie nam?
- Prawd? mówi?c... Nie - odpowiedzia? mu Fiodor, a Ted pog?adzi? delikatnie luf? swojej strzelby.
- Szanowni panowie, mamy te pieni?dze.
- Wi?c chcieliby?my je zobaczy? - nie dawa? za wygran? Haskov.
- Zebranie takiej sumy, w tej chwili zaj??oby klika godzin.
- Poczekamy, nieprawda? Ted.

Tester niech?tnie, ale kiwn?? g?ow?.

- Siedzimy tu ju? od rana, posiedzimy jeszcze chwil?.

Gunter rzuci? okiem na swojego syna. Nast?pnie powoli i z wyra?nym oci?ganiem w?o?y? r?k? do kieszeni purpurowego p?aszcza, który chroni? go przed padaj?cym na zewn?trz deszczem. Po chwili wyci?gn?? z niej du?y, poz?acany sygnet i pokaza? go dyskretnie obu m??czyznom. Ci zrobili lekko zaskoczone miny, a potem z zadowoleniem pokiwali g?owami.

- Mówi?em panom, ?e mamy pieni?dze, przypuszczam ?e to by? dobry dowód.
- My?la?em ?e wy i in?ynierowie, gildie lubicie si? - z rozbawieniem powiedzia? Fiodor.

Gunter wraz z synem wstali od sto?u.

- Panie Haskov. Lubi? to mo?na psa albo kota, ludzi si? potrzebuje albo nie.
- Niebezpieczne podej?cie.
- Ale skuteczne i bardzo korzystne - Gunter wyci?gn?? r?k? i poda? najpierw Fiodorowi a potem Tedowi. - Jutro rano przy?l? kogo? do panów. Prawdopodobnie b?dzie to mój brat. Przeka?e panom plany budynku, jego po?o?enie oraz przedstawi drug? grup?. Wybierzecie te? z nim miejsce gdzie dokonamy wymiany.
- Nie mo?na tego za?atwi? teraz? - Spyta? Haskov.
- Pana towarzysz wyra?nie si? niecierpliwi. Poza tym po co mówi? wszystko dwa razy. Jak ju? wszyscy pa?stwo b?dziecie rano w komplecie, wtedy wszystko za?atwicie z moim bratem. Przypuszczam ?e wyruszycie jutro wieczorem. Teraz ?egnam i ?ycz? powodzenia.

Obaj obrócili si? i ju? po chwili nie by?o ich w lokalu. Fiodor Haskov kiwn?? na kelnerk?, by do nich podesz?a. Mia? niewiele wi?cej ni? dwadzie?cia lat. Pomimo tego wiele ju? prze?y? i widzia?. By? ?wietnie zbudowany, wysoki, silny o kwadratowej szcz?ce, sprawia? wra?enie kogo? niezbyt inteligentnego. Zmyli? ju? tym wielu przeciwników, którzy go nie docenili. W rzeczywisto?ci by? bowiem bardzo sprytny i przebieg?y. Podró?owa? ju? z Resterem blisko dwa lata. Dobrze im si? razem pracowa?o. Obaj ?wietnie pos?ugiwali si? broni? paln? i ?wietnie si? rozumieli. Wiele razem przeszli, a ??czy?o ich to, co cz?sto innych dzieli?o: pieni?dze. To w pogoni za nimi przemierzali wszech?wiat i najmowali si? do praktycznie ka?dej roboty, je?li tylko wynika?y z tego odpowiednie korzy?ci finansowe.

- Jeszcze po jednym piwie dla mnie, i dla kolegi - powiedzia? do kobiety Fiodor.

Gdy ta oddali?a si? do baru Rester zapali? papierosa.

- Dupki.
- Kto, ci dwaj? - Zapyta? go Haskov.
- Tak, szlacheckie dupki.
- Zgadzam si?, dupki. Nie zapomnij jednak ?e dobrze p?ac?. To b?dzie kupa forsy, na bardzo, bardzo d?ugie wakacje.
- Na najd?u?sze cholerne wakacje w moim ?yciu. Nigdy nie widzia?em na oczy takich pieni?dzy, a ty Fiodor.
- Ja te? Ted. To jest kupa forsy, po dziesi?? tysi?cy feniksów na g?ow?.
- A tamci? - Spojrza? na niego zaskoczony Tester.
- Jacy tamci? - Uda? zdziwienie Haskov i obaj wybuchn?li krótkim nieprzyjemnym ?miechem.

W tej chwili podesz?a kelnerka i postawi?a przed nimi pe?ne kufle piwa. Tester u?miechn?? si? do niej, ale ta tylko si? skrzywi?a i odesz?a.

- Co? kiepsko z twoim urokiem osobistym - Haskov podniós? piwo.
- Spadaj - odci?? si? Ted. - Ostatnia noc a potem b?dzie trzeba spada?, co?
- B?dzie trzeba. Ciekawe kto b?dzie z nami pracowa?.
- Ciekawe czy nam zap?ac? stary. Tylko to mnie interesuje. Je?li b?d? starali si? wymiga?, Sonia ich nakarmi. - Tester podniós? strzelb? i popatrzy? na ni? tak jakby by?a to ?ywa istota.
- Tak, to te? jest ciekawe.
- Zabezpieczymy si? jako??
- Jak?
- Nie wiem, ty jeste? od my?lenia.
- No w?a?nie, wi?c ty daj sobie z tym spokój - to mówi?c niezauwa?alnym, szybkim ruchem r?ki ?ci?gn?? umieszczone w cieniu, na kraw?dzi sto?u niewielkie urz?dzenie i w?o?y? je do kieszeni.
- Dobra zajm? si? wi?c czym innym - Tester pij?c piwo kiwn?? g?ow? w kierunku jednej ze ?cian. - Widzisz jak ta blondyneczka si? do mnie u?miecha?
- Przecie? to dziwka? Tak? ma prac? - Haskov spojrza? na m?od?, skromnie ubran? dziewczyn? stoj?c? pod ?cian?. Mog?a mie? najwy?ej szesna?cie, siedemna?cie lat.
- Dobrze j? wykonuje, - to mówi?c Ted wsta? i z kuflem zacz?? i?? w jej kierunku - a ja przez dwa tygodnie lecia?em statkiem.

Fiodor patrzy? jak jego towarzysz podchodzi do dziewczyny i rozpoczyna z ni? rozmawia?.

- Kiedy? co? ci odpadnie stary, i nie b?dzie to g?owa - Haskov spojrza? na z?ocisty p?yn w kuflu, u?miechn?? si? do niego i poci?gn?? pot??nego ?yka.

* * *

Gdzie? wysoko w przestrzeni kosmicznej porusza?a si? metalowa konstrukcja. Umieszczony na orbicie planety, kilkunastometrowej wielko?ci kolos, leniwie przemierza? przestrze?. Wygl?da? jak martwy, olbrzymi paj?k, którego odnó?a zastyg?y w bezruchu. Relikt przesz?o?ci, który z niewiadomych przyczyn wybra? sobie to miejsce na swój dom. Z tu?owia tego paj?kopodobnego tworu, oprócz metalowych ko?czyn, wyrasta?a pl?tanina kabli i poskr?canych rur wygl?daj?cych jak wywalone na wierzch wn?trzno?ci. Tak rozpruty, ci??ko ranny, ka?demu kto by go teraz zobaczy? wyda?by si? nie?ywy. Jakby na potwierdzenie swojej martwoty konstrukcja nie zareagowa?a, gdy mija? j? pot??ny, transportowy statek kosmiczny. Jego za?oga nie zwróci?a nawet uwagi na t? biedn? i zagubion? w kosmosie istot?. Metalowy paj?k pozosta? nadal nieczu?y, i nie dawa? oznak ?ycia. Nagle jednak co? si? zmieni?o. Odnó?a drgn??y kilka razy, tak jakby istota budzi?a si? z d?ugiego snu. Powoli zacz??y si? porusza? w bardziej kontrolowany sposób. Kilka chwil pó?niej by?o ju? jasne, ?e stwór ?yje. Obdarzony nagle pot??n? moc?, pochodz?c? gdzie? z odleg?ego miejsca, poddaj?c si? bezwolnie rozkazom niewidocznego pana, ruszy? przed siebie. Sapi?c i dysz?c, pokonuj?c w?asne niedoskona?o?ci dotar? wreszcie w wyznaczone miejsce. Znieruchomia?. Kiedy wydawa?o si? ?e znowu za?nie, sta?o si? co? ca?kowicie nieoczekiwanego. Co? co, gdyby zosta?o zobaczone przez nieodpowiednie osoby, mog?oby doprowadzi? do ?mierci istoty. Skierowane w kierunku powierzchni planety podbrzusze zacz??o drga?. Pó?niej pojawi?o si? jakie? dziwne, bladoniebieskie ?wiat?o a ju? chwil? potem pokaza?o si? ono. Pot??ne, migocz?ce wieloma barwami, gro?ne i z?owieszcze, metaliczne oko.

* * *

Gigantyczne krople deszczu spada?y z nieba z ogromn? pr?dko?ci?. Nie oszcz?dza?y niczego ani nikogo. Ca?a d?ungla ton??a w pot??nej ulewie, powoduj?c ?e jedynym s?yszalnym w niej g?osem by? teraz pot??ny szum deszczu. Zwierz?ta ju? dawno nauczy?y si? wyczuwa? te i?cie piekielne opady, które by?y tu cz??ci? klimatu. Dawno ju? poukrywa?y si? w swoich schronieniach, oczekuj?c zmiany pogody. Ludzie mieli znacznie gorzej.

Fiodor Haskov odziany w wykonan? z plastiku zbroj? p?ytow?, siedzia? pod wielkim drzewem o roz?o?ystych konarach. Nie dawa?o ono pe?nej ochrony, ale zapewnia?o jako taki wzgl?dny komfort. W prawej d?oni trzyma? swój ci??ki pistolet, drugi przymocowany do biodra czeka? w gotowo?ci. Oprócz tego mia? jeszcze sporych rozmiarów nó? o szerokim ostrzu - podarunek od pewnego ur-Ukara. No, mo?e podarunek to zbyt przesadne sformu?owanie.

- Najwi?kszy cholerny deszcz jaki widzia?em w ?yciu. Ta planeta jest por?bana stary! - Wykrzycza? do niego Rester.

Podobnie jak Fiodor zakuty by? w zbroj?. W r?kach trzyma? swoj? strzelb?, mocno przyci?ni?t? do klatki piersiowej. Na jego mokrej od deszczu twarzy wida? by?o wyra?ne podniecenie i zniecierpliwienie. D?onie lekko mu drga?y, a z oczu wyziera?o co? na kszta?t szale?stwa. Haskov zna? to spojrzenie. Tak, Ted Rester by? gotów by dzisiaj walczy?.

- Bez pracy nie ma ko?aczy! Tak to kiedy? mawiali, no nie?!

S?owa te wykrzycza? niski u?miechni?ty grubasek. Uzbrojony by? tylko w niewielki pistolet, a na tors narzucony mia? skórzany kaftan. D?ugie czarne w?osy, mokre w tej chwili od deszczu nadawa?y jego, i tak troch? g?upkowatej twarzy, wyj?tkowo debilny wyraz. Tak uwa?ali Rester i Haskov. Grubas nazywa? si? Martin Kezer. Nale?a? do trójki "wspólników", którzy mieli im pomóc w zdobyciu informacji. To w?a?nie on zna? si? na tych maszynach my?l?cych, czy jak je tam zw?. Musia? ca?o i bezpiecznie dotrze? do piwnicy, inaczej nic z tego wszystkiego nie wyjdzie. Fiodorowi by? on raczej oboj?tny, ale Resterowi od pocz?tku, to znaczy od dzisiejszego ranka, strasznie dzia?a? na nerwy. By? gadatliwy i niesamowicie upierdliwy. Tu? za nim sta?a m?oda kobieta. Vanessa Dennis. Je?li kiedykolwiek Fiodor mia?by stworzy? swój antyidea? pi?kna, to w?a?nie mia? go przed sob?. Wielka, umi??niona, brutalna baba. By?a wy?sza nawet od Restera, mia?a toporne, niekszta?tne rysy twarzy i w?osy zgolone do samej skóry. W r?kach trzyma?a karabin szturmowy, nie mia?a na sobie ?adnego widocznego pancerza. Fiodor wiedzia? jednak ?e metalowy pas, jaki nosi?a nie by? zwyk?ym pasem do podtrzymywania spodni. By?a to tarcza energetyczne. Drogie, ale bardzo przydatne cude?ko.

- Uwaga, kto? idzie! - Krzykn??a Vanessa. Jej g?os z trudem przebi? si? przez wszechobecny szum.

Haskov nie wiedzia? jakim cudem, ta kobieta mog?a s?ysze? cokolwiek poza deszczem. Kilka sekund pó?niej pojawi?a si? mi?dzy nimi jeszcze jedna posta?. Szczup?y, czarnoskóry m??czyzna z g?ow? wygolon? na ?yso. On równie? mia? metalowy pas za?o?ony dooko?a bioder. Jego jedynym uzbrojeniem by?a ostra jak brzytwa katana. W tej chwili krople deszczu zmywa?y resztki krwi z ostrza.

- Obaj stra?nicy nie ?yj? - Gregor Thomson, bo tak mia? na imi?, spojrza? wyczekuj?co na reszt?.
- Co robimy? - Spyta?a Vanessa, zbli?aj?c si?, by lepiej by?o j? s?ycha?.
- Nie co robimy, tylko jak - odpowiedzia? spokojnie Haskov.
- W?a?nie, jak! O to jest prawdziwe pytanie! Jak?! - Wykrzycza? Martin.

Rester obrzuci? go nieprzyjemnym wzrokiem, ten jednak zdawa? si? tego nie zauwa?y?.

- Wi?c jak m?dralo? - Kobieta spojrza?a poirytowana na Haskova.
- Tak ?eby si? uda?o - Fiodor mia? na ko?cu j?zyka jak?? obelg?, ale si? powstrzyma?. Nie lubi? jak kto? tak si? do niego odzywa?y.
- S?uchajcie, ka?dy zna plan budynku, wynika z niego ?e s? tam dwa wej?cia. Frontowe i od ty?u. Ci w ?rodku z pewno?ci? niczego si? nie spodziewaj?, ale i tak nale?y by? bardzo ostro?nym. Proponuj? by?my si? podzielili na dwie grupy, jedna wejdzie z jednej a druga z drugiej strony.
- ?wietny plan, nie ma co - Vanessa skrzywi?a si? z ironi?.

Martin wybuchn?? ?miechem i z?apa? si? r?koma za swój poka?ny brzuch. Rester nie wytrzyma?.

- Przesta? si? ?mia?, do cholery! Jak tam wejdziemy b?dziesz pewnie pierwszy który narobi w gacie t?u?ciochu!

Grubas przesta? si? ?mia?, a Gregor zacisn?? mocniej d?onie na katanie.

- Spokojnie, bez nerwów - uspokoi? wszystkich Haskov. Pos?a? jeszcze zabójcze spojrzenie Resterowi - Jak kto? ma lepszy pomys? niech mówi.

Nikt nic nie powiedzia?. Tylko krople deszczu nieprzerwanie atakowa?y ziemi? i drzewa.

- Dobra, macie zegarki, wejdziemy tam równocze?nie o ustalonej godzinie. Mamy dwa, niewielkie ?adunki plastiku. Wysadzimy nimi drzwi.
- Jak si? podzielimy? - Spyta?a Vanessa.
- Ja pójd? z tob?, a Rester z Gregorem - Fiodor wskaza? na murzyna. Potem wskaza? na Martina - To z kim pójdzie on jest bez znaczenia.
- Czemu my nie mamy i?? swoj? drog?, a wy swoj?.
- Macie tarcze energetyczne, pójdziecie na pierwszy ogie?.
- Dzi?ki - kobieta skrzywi?a si? - Chyba nie skorzystamy.
- Inaczej my nie wchodzimy. To bez sensu. Nie dam si? rozwali? je?li jest mo?liwo??, aby to kto? z was szed? przodem i ?ci?ga? kule.
- Pójdziemy bez was - powiedzia?a ostro.
- Poradzicie sobie sami? My by?my bez was nie poszli. Chcesz zaryzykowa??

Vanessa spojrza?a na swoj? grup?. Wszyscy wymienili spojrzenia, jednak Fiodor nie zauwa?y? na ich twarzach ?adnych zmian.

- Dobra, niech b?dzie. Martin nie wchodzi, poczeka a? oczy?cimy budynek, wtedy zejdzie na dó? i ?ci?gnie dane.

Haskov spojrza? na Restera, ten tylko wzruszy? ramionami i z niecierpliwo?ci? spojrza? gdzie? w mroki d?ungli. Gdzie? gdzie znajdowa? si? ich cel.

- Teren jest czysty? - Fiodor zapyta? Gregora.

Ten kiwn?? tylko g?ow?.

- Idziemy.

Pi?? kszta?tów oderwa?o si? od drzewa i przedzieraj?c si? przez si?gaj?c? pasa traw? ruszy?o na spotkanie przeznaczenia.

* * *

Gregor gdy tylko ostatnie echa wybuch przebrzmia?y wpad? do ?rodka. Tu? za nim bieg? z zaci?ni?tymi na strzelbie d?o?mi Rester. Wpadli do do?? du?ego pomieszczenia. Trzej m??czy?ni ze strzelbami, z narzuconymi na tors plastikowymi kirysami sta?o ju? na nogach i celowa?o w ich kierunku. Rozleg?y si? cztery, prawie równoczesne wystrza?y. Trzy pociski ruszy?y w kierunku czarnoskórego m??czyzny, jednak w chwili kiedy ju? dociera?y do jego cia?a nast?powa? dziwny trzask, jakby wy?adowania elektrycznego i kule nie wyrz?dza?y mu ?adnej szkody. Czwarty pocisk nie by? skierowany w stron? Gregora, lecz w jednego z ?o?nierzy, a jego ?ród?em by?a Sonia - strzelba Teda. M??czyzna chwyci? si? z krzykiem za brzuch i upu?ciwszy bro?, krztusz?c si? w?asn? krwi? i wyj?c z bólu zwali? na ziemi?. Gregor z krzykiem, ods?aniaj?c dwa rz?dy mlecznobia?ych z?bów, wzniós? katan? nad g?ow? i rzuci? si? w stron? przeciwników. Pokona? dziel?cy ich dystans w mgnienia oka i zada? b?yskawiczny cios. Z rozprutej szyi ?o?nierza buchn??a gor?ca, czerwona krew. M??czyzna wyj?c usi?owa? zatamowa? krwawienie d?o?mi. By? martwy ju? wtedy gdy u?amek sekundy pó?niej rozleg? si? kolejny wystrza?. Kula, podobnie jak poprzednie, zatrzyma?a si? na tarczy Gregora. Rester wola? nie ryzykowa? ataku, gdy? móg?by trafi? swojego czarnoskórego towarzysza. Z reszt? nie by?o takiej potrzebne. ?o?nierz widz?c ?e nie zd??y ponownie strzeli?, zacz?? co? krzycze? przera?ony. Krzyk zamieni? si? w niezrozumia?y be?kot, gdy ostrze katany przesz?o przez pancerz jak przez mas?o, i zanurzy?o si? w jego podbrzuszu. Krew wraz z ?yciem zacz??a w b?yskawicznym t?pi opuszcza? jego cia?o.

Gregor podszed? do postrzelonego w brzuch, zwijaj?cego si? ?o?nierza i szybkim ruchem odr?ba? mu ?eb. Rester spojrza? na to z lekkim obrzydzeniem. Wola? zabija? przy pomocy Sonii, ale pomimo tego musia? to przyzna?, facet by? niez?y. Krew zacz??a strumieniem zalewa? metalow? pod?og?. Gregor widz?c niesmak na jego twarzy, u?miechn?? si? obrzydliwie.

- Trzech mniej.

Obaj spojrzeli w kierunku du?ych, lekko uchylonych drzwi, prowadz?cych na, jak wynika?o z planu danego im przez brata Guntera, d?ugi korytarz.

- S?ysza?em strza?y. Nasi weszli drugimi drzwiami. Mia?o tu by? wed?ug planów siedmiu stra?ników. Dwóch rozwali?e? na zewn?trz, trzech jest tu, to razem pi?ciu. Oni do kogo? strzelali wi?c zosta? jeszcze jeden albo nikt - Rester spojrza? na Gregora.

Ten spokojnie kiwn?? g?ow?, powoli podszed? do drzwi i wysun?? si? powoli na korytarz. Seria z karabinu maszynowego przeci??a powietrze. Rozleg? si? syk i trzask wy?adowa? elektrycznych. Krzyk Gregora zmiesza? si? ze smrodem spalenizny. M??czyzna wyl?dowa? na ziemi trzymaj?c si? za zranione rami?.

- Cholera!

Rester instynktownie przykl?kn?? i spojrza? na r?k? towarzysza.

- Mia?e? niez?ego farta. Tylko musn??a rami?, b?dziesz ?y?.

Gregor zacisn?? z?by z bólu i od?o?ywszy katan? zacz?? przewi?zywa? rami? wyj?tym z p?aszcza banda?em.

- Co z twoj? tarcz??
- Wysiad?a. Facet jest jakie? siedem metrów od nas. Siedzi w jakim? pokoju, skubany ma niez?? bro?.

Rester spojrza? na Gregora niecierpliwie.

- Po?piesz si?. Napraw tarcz? i id? go wyko?cz. - Ja? - spyta? zdziwiony - Pieprz? to. Nie naprawi? tu tego, a chce troch? po?y?. Sam po niego id?.

Rester zakl?? szpetnie gdy nagle korytarz przeci??a kolejna seria z karabinu mieszaj?ca si? z krzykiem. Z krzykiem Haskova.

* * *

Fiodor odskoczy? do ty?u i run?? na ziemi?. Spojrza? ze strachem na dziury w ?cianie i na suficie. Stara? si? nie wyobra?a? sobie, co by si? sta?o gdyby nie by? do?? szybki. Zreszt? nie potrzeba by?o do tego specjalnie rozbudowanej wyobra?ni.

Haskov podniós? si? powoli i stan?? obok Vanessy, która majstrowa?a co? przy metalowym pasie na jej biodrach. Za nimi le?a? nafaszerowany o?owiem m??czyzna. Przed ?mierci? zd??y? opró?ni? ca?y magazynek i zala? ich kulami. Tarcza spisa?a si? jednak bez zarzutu, nie zostali nawet zadra?ni?ci. Co? jednak si? chyba sta?o, bo Vanessa kl?c pod nosem majstrowa?a przy niej, a wyraz jej twarzy nie wró?y? nic dobrego.

- Prawie mnie dupek rozwali?.
- Wi?c wejd? tam i odp?a? mu tym samym - Vanessa nie odrywaj?c oczu od pasa u?miechn??a si? lekko.
- Zwariowa?a? kobieto. Te pociski przebi?y na wylot t? metalow? ?cian?. Wiesz co by si? ze mn? sta?o?
- Wiem - jej u?miech powi?kszy? si? i w ko?cu przesta?a grzeba? przy pasie. - To jaki masz inny pomys?.
- Ty tam wejd?.
- Siad?a mi tarcza.
- Tak po prostu?
- Nie tak po prostu idioto - odpowiedzia?a zirytowana. - Przyj??am na siebie ca?y magazynek tego palanta.

Vanessa zauwa?y?a jego wyraz twarzy nie wyra?aj?cy zbytniego spokoju.

- Nie wierzysz mi?

Haskov machn?? r?k? zniecierpliwiony i zbli?y? si? do drzwi.

- Ted ?yjesz! - Krzykn??.
- Tak, a co u was! - Dobieg? go krzyk Restera z ko?ca korytarza.
- W porz?dku! Ilu rozwalili?cie?!
- Trzech!
- To znaczy ?e zosta? jeszcze tylko ten jeden! - Haskov spojrza? zadowolony na Vaness?.

W tej chwili korytarzem przelecia?a kolejna seria z karabinu.

- Cholerni zasra?cy! Kim jeste?cie?! Czego chcecie?! - G?os mu dr?a? kiedy krzycza?.

Zapad?a d?u?sza chwila ciszy.

- S?yszycie?! Nie wywiniecie si?! Gildia was dopadnie! - Ponownie rozleg? si? odg?os wystrza?ów.
- Jeste? otoczony dupku! Je?li si? poddasz mo?e ci? nie rozwalimy!

Ponownie zapad?a cisza. Haskov pokr?ci? g?ow?.

- To na nic. Tak go nie podejdziesz. Zapewne ci w mie?cie s? ju? powiadomieni a on o tym wie. B?dzie stara? si? tam utrzyma? dopóki nie przyb?d? posi?ki. Musimy co? zrobi?, nie mamy czasu.

Vanessa zakl??a i podesz?a bli?ej drzwi.

- Twoja tarcza na pewno nie dzia?a?
- Na pewno - uci??a kobieta.
- Wyjrzyj powoli i zobacz gdzie jest.
- Po co?
- Musisz orientowa? si? jak wygl?da korytarz. Wtedy co? wykombinujemy - powiedzia? zniecierpliwiony.

Vanessa mrucz?c co? pod nosem powoli zacz??a wsuwa? g?ow? do korytarza. Nagle Haskov rzuci? si? na ni?. Silnym, zdecydowanym uderzeniem wypchn?? j? na korytarz, a sam ruszy? skulony tu? za jej plecami. Zaskoczona kobieta nawet nie j?kn??a. Pot??ny ?omot zala? ca?e pomieszczenie, pocisk za pociskiem wbija?y si? w Vaness?, czemu za ka?dym razem towarzyszy?o szarpni?cie jej cia?a. Fiodor ujrza? wysuni?t? g?ow? strzelca i luf? karabinu. Wyci?gn?? przed siebie oba pistolety i zacz?? strzela?. ?o?nierz ujrza? go w chwili kiedy cztery, precyzyjnie wystrzelone pociski zag??bia?y si? w jego czaszce.

- Ty cholerna dziwko. Twoja tarcza faktycznie nie dzia?a?a - wyszepta? i u?miechaj?c si? powoli wsta? na równe nogi.

* * *

Gregor i Rester zamarli. Zapad?a absolutna cisza. Dopiero po chwili obaj si? odezwali.

- Fiodor!
- Vanessa!

Jeszcze kilka d?ugich sekund trwa?a cisza.

- Wszystko w porz?dku - spokojnie powiedzia? Haskov.

Obaj weszli powoli w korytarz. Na jego ?rodku le?a? z roztrzaskan? g?ow? stra?nik. Obok niego wypuszczony z martwych d?oni znajdowa? si? karabin. Fiodor kl?cza? nad cia?em podziurawionej przez kule Vanessy. Gregor na ten widok podbieg? szybko do martwej kobiety i kl?kn?? obok niego.

- Vanessa...
- Tarcza. Zawiod?a. Przykro mi stary - Fiodor poklepa? go po ramieniu.

Gregor powoli zebra? si? w sobie zast?puj?c smutek w?ciek?o?ci?.

- Zna?em j? prawie pi?? lat. Byli?my jak rodze?stwo - wycedzi? przez zaci?ni?te z?by.
- Uspokój si?. Musimy dzia?a? szybko, za chwil? b?d? tu posi?ki. My?lisz ?e ona by chcia?aby ciebie teraz te? zabito? - Zapyta? go Haskov. - Z pewno?ci? nie. Chcia?aby by? doko?czy? to co razem zacz?li?cie. Rozumiesz?
- Tak, rozumiem - odpowiedzia? po chwili Gregor.

Wsta? i rozejrza? si? po korytarzu.

- Wszystko w porz?dku, co robimy? - Zapyta?, chocia? by?o wida? ?e wcale tak nie by?o.
- Po pierwsze wszystko co robimy musimy robi? szybko. Ty Ted pójdziesz po Martina, my obejdziemy jeszcze raz wszystkie pokoje i upewnimy si? ?e nikt nas nie zaskoczy. Potem otworzymy drzwi do piwnicy i doko?czymy zadanie. Chce jak najszybciej by? jak najdalej st?d.

* * *

Metalowy paj?k obserwowa?. Widzia? na dole cztery czerwone plamki. Czterech ludzi. Jego metalowe oko widzia?o te? co? jeszcze. Od po?udnia w stron? tych czterech plamek ci?gn??a chmara podobnych. Paj?k przeanalizowa? wszystko i dowiedzia? si?, ?e obie grupy tych dziwnych plamek spotkaj? si? za oko?o 20 minut. Jego oko ca?y czas patrzy?o i analizowa?o. Nic jednak nie rozumia?. Po prostu patrzy? i zbiera? dane. To wszystko. Robi? to ju? od wielu lat. Mia? tylko zbiera? informacje. Od my?lenia byli ci którzy go stworzyli. Ci którzy dali mu ?ycie. To oni byli jego panami, im by? wierny i pos?uszny. Oni my?leli za niego. On tylko patrzy?, patrzy? i patrzy?...

* * *

Schody by?y do?? krótkie. Ju? po chwili stan?li przed metalowymi drzwiami, z du?ym symbolem gildii in?ynierów. Martin kl?cza? przed elektronicznym zamkiem i mamrocz?c co? pod nosem majstrowa? przy nim. Wyra?nie zniecierpliwiony Rester patrzy? na grubasa g?aszcz?c luf? strzelby. Gregor z zabanda?owan? r?k? sta? tu? za Martinem. Nagle rozleg? si? cichy pisk i drzwi odskoczy?y na bok. Oczom ca?ej czwórki ukaza?a si? przestronna sala. Centrum zajmowa? ogromny, metalowy stó? pokryty ca?? mas? ró?nych metalowych obiektów. Pod przeciwleg?? ?cian? sta?a ogromna, metalowa maszyna z du?ym monitorem. Wszystko to da?o si? zauwa?y? dzi?ki ?wiat?u, które zapali?o si? w chwili, gdy Martin przekroczy? próg sali.

Grubas ju? po chwili sta? przed maszyn? i j? uruchamia?. Pozosta?a trójka równie? wesz?a do sali i stan??a kilka metrów za nim.

- Po?piesz si? i spadamy - warkn?? do niego Rester.

Nagle rozleg? si? szcz?k i cz??? metalowej ?ciany ods?oni?a si?. Z wn?ki wyszed? humanoidalny, metalowy stwór. Jego prawa r?ka zast?piona by?a ci??kim karabinem maszynowym.

- O w mord?!

Fiodor rzuci? si? na ziemi? za stó?, a za nim ca?a reszta. Gregor nie zd??y?. Dwie kule trafi?y go w podbrzusze. M??czyzna z rykiem zwali? si? z nóg. Pociski z ?omotem t?uk?y o ?cian? i ry?y stó?. Nieprzerwany deszcz o?owiu zalewa? przestrze? nad ich g?owami. Nagle wszystko ucich?o. Cyborg sta? i patrzy? swoimi martwymi oczami. Nie ?yj??

Nagle zza sto?u wy?oni?y si? dwa kszta?ty. Fiodor z pistoletu a Rester ze strzelby zacz?li ?adowa? w jego stron?. Kule gniot?y jego metalowe cia?o, a jeden z pocisków urwa? mu cz??? g?owy. Beznami?tnie, nie czuj?c bólu ani ?alu do tych ludzi, ponownie otworzy? ogie?. Rozleg? si? g?o?ny krzyk jednego z napastników, ale nie zrobi?o to na nim wra?enia. Po chwili nie widz?c celów znieruchomia? i przesta? strzela?. Niespodziewanie zza sto?u wylecia? niewielki, okr?g?y metalowy przedmiot i wyl?dowa? pod jego nogami. Cyborg spojrza? na niego spokojnie. Pot??na eksplozja urwa?a mu nogi i rzuci?a jego metalowe cia?o z powrotem do wn?ki. Jeszcze chwil? istnia?, a potem zgas?. Teraz sta? si? naprawd? martwy. Rester wsta? zza sto?u i podszed? do cyborga. Martin l?kliwie wychyli? g?ow? nad metalowy stó?.

- Ju? nam nic nie zrobi. Zabieraj si? do tych danych nie mamy ca?ego dnia - zirytowa? si? Ted.
- Pomó?cie mu, wykrwawi si? na ?mier?! - Martin wskaza? przestraszony na Gregora.

Jego towarzysz le?a? na ziemi, na plecach, trzymaj?c si? obur?cz za brzuch, i ci??ko oddychaj?c. Krew ca?y czas wylewa?a si? z ran. Obok kl?cza? Haskov i zaciskaj?c z?by zdejmowa? z siebie szybko kolejne elementy zbroi. Rester podszed? do niego.

- W porz?dku?

Fiodor w?ciek?y, ju? bez pancerza, spojrza? na ran?.

- Pieprzony rykoszet! Wesz?a do ?rodka! - Wykrzycza?.

Martin ca?y czas sta? i z l?kiem obserwowa? Gregora.

- Pomó?cie mu! - Nie wytrzyma? w ko?cu.

Rester powoli podszed? do czarnoskórego i kl?kn?? przy nim.

- Zajmij si? danymi, pomog? mu - widz?c brak reakcji u grubasa krzykn??. - Po?piesz si? do cholery!

Martin obróci? si? i ruszy? w kierunku metalowej maszyny. W tym czasie Fiodor wyj?? dziwne, niewielkie urz?dzenie zako?czone sporych rozmiarów strzykawk?. Kln?c pod nosem spojrza? na ni? ze wstr?tem. Ted, ca?y czas pochylony nad Gregorem u?miechn?? si? lekko.

- Prze?yjesz stary.
- Wiesz jak to boli!
- Wiem, by?em ju? nie raz ranny - odpar? spokojnie Ted.
- Ale nie w dup?! Nie mog? usta? na nogach!

Rester pokr?ci? g?ow? i cierpliwie czeka? a? Haskov powoli zaaplikuje sobie lekarstwo. Twarz Fiodora skurczy?a si? pod wp?ywem nag?ego i bardzo silnego bólu. Podniós? si? powoli i opar? o kraw?d? sto?u. Nast?pnie ci??ko dysz?c poda? urz?dzenie Resterowi. W tej chwili Gregor zakaszla? g?o?no. Z ust pop?yn??a mu w?ska stru?ka krwi, zamglone oczy wpatrywa?y si? wyczekuj?co na ko?cówk? strzykawki.

- Co z nim, b?dzie ?y?? - Martin obróci? si? przez rami?.
- Nie widz? tego dobrze - Rester spojrza? w oczy Haskova, a potem na um?czon?, pe?n? cierpienia twarz Gregora.
- Zostaw to nam, ty ?ci?gaj te dane.

Fiodor upora? si? z ostatnim elementem zbroi i rzuci? go ze z?o?ci? pod ?cian?. Przetar? r?k? bol?ce miejsce i szpetnie zakl??. Przeniós? teraz wzrok na umieraj?cego i kl?cz?cego przy nim Restera. Gregor kaszln?? jeszcze raz, ?ycie uchodzi?o z niego powoli. By? nadzwyczaj silny i wytrzyma?y, ca?y czas uparcie b?agalnym wzrokiem wpatrywa? si? w trzymane przez Teda urz?dzenie. Ten jednak nie reagowa?.

- Zaraz ko?cz?! - Krzykn?? Martin.

Haskov spojrza? na swojego towarzysza.

- Co z nim?

Ted wzi?? g??boki oddech i równie? spojrza? na Fiodora.

- Nie sadz? by z tego si? wyliza? - odrzek?.

Rester pochyli? si? mocniej nad rannym m??czyzn? co wywo?a?o u niego b?ysk rado?ci. Nagle szybkim, wprawnym ruchem wbi? mu ig?? w gard?o. Chwil? j? tam potrzyma?, a potem wbi? jeszcze raz. Krew zacz??a wycieka? w b?yskawicznym tempie. Gregor wierzgn?? jeszcze nogami i sekund? pó?niej by? martwy. Jego twarz zastyg?a w grymasie bólu i przera?enia, a rozwarte szeroko oczy ca?y czas wyra?a?y b?aganie.

- Nawet ci? polubi?em stary - wyszepta? Rester i otar? strzykawk? o ubranie trupa.

Martin zbli?y? si? do nich, w prawej d?oni trzyma? niewielki, szary metalowy kr??ek.

- Nie ?yje? - G?os mu si? ?ama?.
- Przykro mi, robi?em co mog?em - stara? si? uspokoi? go Ted.
- Ja... My... - Oczy Martina zabieg?y mg?? a w k?cikach pojawi?y si? ?zy.

Rester spojrza? ze smutkiem, z autentycznym smutkiem, na trupa i na grubasa.

- Dobra, to nie czas na takie rzeczy - odezwa? si? szybko Haskov. - Musimy spada?.
- Ale... Gregor, zostawimy go tu? - Spyta? przestraszony Martin.
- A co, chcesz go nie??? - Fiodora zacz??a ogarnia? z?o??, któr? pot?gowa? nieustaj?cy, pulsuj?cy ból - To jest to czego szukamy? - Wskaza? na kr??ek.

Martin kiwn?? smutno g?ow?.

- Za tak? g?upot? umar?e? Greg. Jakie to durne - cicho powiedzia?.
- Nie za to ale za dwadzie?cia tysi?cy, a to nie jest ju? taka g?upota - spokojnie powiedzia? Rester.
- Idziemy, szybko. Przesta? si? rozczula?, b?dziesz mia? na to jeszcze czas - pocieszy? grubasa Haskov.

Ca?a trójka ruszy?a w kierunku drzwi. Nagle Rester zatrzyma? si?.

- Sko?czy?a mi si? amunicja Fiodor.

Haskov spojrza? na niego, kiwn?? g?ow? po czym poda? mu trzymany w prawej r?ce pistolet. Ted lekko si? skrzywi?. Fiodor zauwa?y? to i poklepa? go po ramieniu.

- Mo?e nie ten kaliber co Sonia, ale te? skuteczne. Chod?my.

Chwil? pó?niej szli ju? korytarzem i kierowali si? w stron? wyj?cia z budynku. Martin ze smutkiem spojrza? na rozprute cia?o Vanessy. Ju? mieli wyj?? na zewn?trz gdy Haskov raptownie zatrzyma? si? w miejscu.

- To jest na pewno wszystko? Niczego nie zapomnia?e?? - Spyta? grubasa.
- Tu jest wszystko - odrzek?.

Wtedy Fiodor podniós? pistolet i wycelowa? w serce Martina. Ten z przera?eniem cofn?? si? o krok i zacz?? ca?y trz???.

- Co jest? Dlaczego...

Haskov z rozbawieniem spojrza? na tego grubego cz?owieczka.

- No có?, wybacz nam ale dwadzie?cia tysi?cy za choler? nie da si? podzieli? na trzy.

Dwa pot??ne wystrza?y z pistoletu zla?y si? ze ?miertelnym krzykiem Martina. Grubas zwali? si? na ziemi? i znieruchomia?. By? martwy. Haskov wyszarpn?? z zaci?ni?tych palców trupa kr??ek. Obaj z Resterem kiwn?li zadowoleni g?owami, i wybiegli na nieustannie padaj?cy na zewn?trz deszcz.

* * *

Ju? blisko dziesi?? minut przedzierali si? przez d?ungl?. Byli cali mokrzy i zm?czeni, do tego Fiodorowi ca?y czas dokucza? straszny ból. Zatrzymali si? i spojrzeli na kompas, ?eby upewni? si? czy id? na wschód, do miejsca gdzie mieli czeka? ich pracodawcy. Sprawdziwszy ?e obrali dobry kierunek ruszyli dalej. Rester zatrzyma? si?.

- S?ysza?em co? stary, kto? jest przede mn?! - Krzykn?? do Haskova.

Ten spojrza? na ciemn? ?cian? lasu.

- Nic nie widz?! Gdzie? - Spyta? swojego towarzysza. - Tutaj.

Fiodor obejrza? si? szybko. Rester sta? spokojnie jakie? dwa metry od niego. W lewej r?ce trzyma? wycelowany w jego g?ow? pistolet, a w prawej skierowan? w brzuch strzelb?. Mokra od deszczu twarz nie zdradza?a ?adnych uczu?.

- Ty ?winio - powoli powiedzia? Fiodor.

Rester pokr?ci? lekko g?ow?.

- Wybacz stary, ale pomimo tego ?e dwadzie?cia tysi?cy dzieli si? na dwa, to jeszcze przyjemniej by?oby nie dzieli? ich wcale.
- Ty chciwa ?winio.
- Ja? A ty nie chcia?e? mnie sprz?tn???
- Nie - powiedzia? twardo Fiodor.
- Jako? ci nie wierz?.

Haskov rozlu?ni? si? niespodziewanie i lekko u?miechn??.

- Co ci? tak bawi.
- To ?e w tym pistolecie nie ma naboi.

Rester nie wygl?da? na specjalnie zaskoczonego s?owami swego towarzysza.

- I ty mówisz ?e nie chcia?e? mnie rozwali??
- Mo?e da?em ci go przez przypadek.
- O nie stary. Znam ciebie, ty nic nie zostawiasz przypadkowi.
- Co nie zmienia faktu ?e masz teraz problem.

Fiodor spojrza? znacz?co na swój, umieszczony w kaburze pistolet.

- Nie mam Fiodorze ?adnego problemu.
- Jak to? - Zdziwi? si? Haskov.
- Sonia jeszcze mo?e co? powiedzie?.

To powiedziawszy lekko uniós? strzelb?.

- Mówi?e? ?e nie masz naboi zasra?cu.
- K?ama?em - odrzek? krótko.
- Wi?c po co bra?e? mój mnie pistolet?

Rester wybuchn?? ?miechem.

- Chcia?em si? upewni?, ?e ty te? masz zamiar mnie rozwali?. Rozumiesz, teraz mam czystsze sumienie.
- Ty wcale nie masz sumienia - wycedzi? Fiodor.
- A ty mo?e masz? - Rozbawiony zapyta? retorycznie Rester.

Haskov pomimo tego ?e deszcz ca?y czas pada?, poczu? ?e oprócz kropli wody jego cia?o zaczyna pokrywa? pot. Wiedzia? ?e Ted jest od niego o wiele szybszy i nie ma z nim szans. Nigdy w ?yciu nie zd??y?by wyci?gn?? pistoletu zanim tamten go nie zastrzeli.

- No có? stary, moje na wierzchu - zadowolony powiedzia? Rester - Czas spotka? si? z Wszechstwórc? twarz? w twarz.

Huk. Kula pomkn??a w stron? Haskova, aby rozwali? jego brzuch. Nagle rozleg? si? syk, przeskoczy?a iskra, a pocisk zatrzyma? si? na niewidzialnym polu otaczaj?cym Fiodora. Ten u?miechn?? si? szeroko wyszarpn?? pistolet i wycelowa? w twarz zaskoczonego i przera?onego Restera.

- Jak to uj??e?, czas spotka? si? z Wszechstwórc?, tak?

Kula wbi?a si? mi?dzy oczy Teda i rozwali?a mu ?eb. Jego cia?o wraz z czym? co jeszcze przed chwil? by?o g?ow?, opad?o bezw?adnie w b?oto. Haskov wybuchn?? g?o?nym, prawie histerycznym ?miechem. Tarcza Vanessy. By?a jedna szansa na ile? tam ?e si? uaktywnia. Uda?o si?. Fiodor opanowa? jeszcze tylko dr?enie r?k, i z niedowierzaniem pokr?ci? g?ow?.

- Biedny, ?a?osny g?upcze.

Nast?pnie ku?tykaj?c ruszy? w las. Mia? jeszcze przed sob? kilka minut biegu.

* * *

Wpad? na polan?. Na ?rodku sta?y dwie, odziane w szczelne przeciwdeszczowe p?aszcze postacie. Gdy tylko go ujrza?y skierowa?y si? w jego stron?. Fiodor nie mia? poj?cia jak tu dotarli, nie widzia? nigdzie ?adnego pojazdu.

- Witamy panie Haskov - przywita? go Gunter. - Ma pan to? - A wy macie pieni?dze?

Twarz Guntera skryta za kapturem przybra?a dziwny z?owieszczy wyraz.

- Od razu o pieni?dzach? Chc? najpierw zobaczy? czy pan to ma, panie Haskov.
- A ja chc? najpierw zobaczy? feniksy! - Krzykn?? w?ciek?y.

Gunter pokr?ci? zrezygnowany g?ow? i machn?? r?k?. Las za plecami Fiodora o?y? i wyszli z niego dwaj uzbrojeni m??czy?ni. Obaj trzymali w r?kach ci??kie karabiny maszynowe.

- Niech pan to odda! - Krzykn?? Gunter.
- I tak mnie rozwalicie.
- To prawda, ale po co mamy sobie brudzi? r?ce przeszukuj?c pana zmasakrowane cia?o, panie Haskov? - Zapyta? rozweselony Gunter.

Fiodor prze?kn?? ?lin? i wbi? wzrok w m??czyzn?.

- Nie mam tego. Da?em mojemu wspólnikowi, w?a?nie na wypadek takiej ewentualno?ci. Najpierw pieni?dze.

Gunter pokr?ci? powoli g?ow?.

- Pana wspólnik nie ?yje, podobnie jak ca?a reszta. Zosta? pan sam, panie Haskov. Pozostaje wi?c tylko jedno pytanie. Czy ma pan jakiego? asa w r?kawie? Bo jak nie to...

Fiodor nerwowo rzuci? okiem na lufy karabinów.

- Ca?a nasza rozmowa zosta?a nagrana. Je?li nie zrobi? pewnej rzeczy kaseta z tym bardzo interesuj?cym filmem trafi w odpowiednie r?ce. Wtedy nie chcia?bym by? w pana skórze.

Gunter patrzy? d?u?sz? chwil? gdzie? w gór?, krople deszczu pada?y teraz prosto na jego twarz. W ko?cu ponownie zwróci? swoj? uwag? na Haskova.

- I co z tym zrobimy?
- Jak to co? Je?li dacie mi pieni?dze nagranie zostanie zniszczone.

Gunter kiwn?? g?ow?.

- Z tym ?e cena wzros?a. Chc? trzydzie?ci tysi?cy, my?l? ?e nie jest to dla pana zbyt du?y problem?

Fiodor rozlu?ni? si? i wyczekiwa? odpowiedzi. Gunter ponownie kiwn?? g?ow?.

- Wie pan co, panie Haskov. Jest pan chciw?, bezwzgl?dn? ale sprytn? besti?.
- To zabrzmia?o jak komplement w pana ustach.
- Mo?liwe ?e zgodzi?bym si? na t? propozycj?. Oczywi?cie pod warunkiem ?e kaseta o której pan mówi to nie ta kaseta któr? w?a?nie trzymam w r?ce.

To mówi?c podniós? do góry niewielki czarny przedmiot.

- A kobieta która j? mia?a, to nie Nedi Lersten, szefowa pewnego ma?ego burdeliku.

Fiodor poczu? jak uginaj? si? pod nim kolana.

- Tak, tak panie Haskov. Wszystko sprawdzili?my. Po pana minie wnioskuje ?e dobrze trafili?my. Pozostaje wi?c ponowi? moje pytanie: czy ma pan jeszcze jakiego? asa w r?kawie?

Fiodor po raz drugi tego wieczoru zacz?? si? poci?, a jego umys? zacz??y momentalnie oplata? macki wszechobezw?adniaj?cego strachu.

- Nie, panie Haskov? Czy?by w ko?cu trafi? pan na kogo? sprytniejszego?

Fiodor milcza?.

- Nic? ?adnych innych niespodzianek?

Fiodor w dalszym ci?gu nie odzywa? si?.

- Trudno. Mi?o by?o pozna?.

Pociski zacz??y wbija? si? w jego cia?o. Kula za kul? zag??bia?a si? w nim wysysaj?c z niego ?ycie. Haskov z krótkim, urywanym krzykiem zwali? si? na ziemi?. Drgn?? jeszcze kilka razy, ale ju? po chwili nie ?y?.

- Moje na wierzchu - wyszepta? Gunter.

Jeden z ?o?nierzy szybko go obszuka?. Znalaz? szary kr??ek i poda? swojemu mocodawcy. Ten obejrza? go uwa?nie i szybko schroni? przed deszczem, wk?adaj?c do wewn?trznej kieszeni p?aszcza. Podszed? do swojego syna.

- Widzisz Magnus, ucz si? ch?opcze jak robi? interesy.

M?odzieniec z lekkim niesmakiem patrzy? na le??cego na polanie trupa.

- Wiesz tato, czasami zastanawiam si?...
- Nad czy? - Spyta? go zaciekawiony Gunter.
- Czy my? Nie mogliby?my post?powa? inaczej? Nie miesza? si? w sprawy innych? Mamy przecie? do?? pieni?dzy, dochodów, a to...
- Synu - pokr?ci? g?ow? Gunter. - Musimy walczy?. Dzisiaj ka?dy walczy. Na ?wiecie nikt teraz nie wyci?gnie r?ki by ci? pog?aska?, zamiast tego b?dzie mia? w r?ce nó? który wbije ci w serce. Musisz by? szybszy, sprytniejszy, rozumiesz?
- No tak, ale...
- Nie ma ?adnego ale, synu. Dzisiejszego wieczora to my byli?my lepsi. Jutro kto? mo?e by? lepszy od nas, a my musimy uwa?a? by tak si? nie sta?o. Musimy by? czujni, nieufni a co najwa?niejsze zdecydowani na wszystko. W innym wypadku przegramy. ?ycie to jest jedna wielka wojna, na jej ko?cu zostan? tylko ci najsilniejsi.

Magnus zamilk? na chwil? i zaduma? si? nad s?owami ojca.

- Wybacz mi ojcze, ale pomimo tego i tak uwa?am, ?e czasami zachowujemy si? po prostu jak zwykli brutale, mordercy i przest?pcy.

Gunter popatrzy? przenikliwie na syna, a potem u?miechn?? si? szeroko. Spojrza? ponownie w niebo i z przyjemno?ci? poczu? na twarzy zimne krople deszczu. Dopiero potem zadowolony z siebie odpowiedzia?.

- Wi?c, drogi synu, nie odró?niamy si? od reszty tego pieprzonego ?wiata.

Grzegorz "Zwieri" Zwierucho
Dodaj swój komentarz
Twoje imiÄ™ i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść: