Sta? na wzgórzu, w górach rodzinnej Aragonii. Wiatr smaga? jego oblicze, poorane wieloma bliznami. By? zamy?lony, b??dzi? po zakamarkach swej pami?ci przywo?uj?c wspomnienia dotycz?ce tego miejsca i lat w nim sp?dzonych. Czas dzieci?stwa, potem dorastanie i okres buntu. Pami?ta? dobrze dzie?, w którym opu?ci? rodzinn? miejscowo?? i wyruszy? na "podbój" Znanych ?wiatów. Wielkie, wspania?e plakaty Cesarskich Legionów i has?a typu "I TY mo?esz naprawi? wszech?wiat!" albo "Cesarstwo Ci? potrzebuje." itp. itd. Dzisiaj wywo?uj? na jego twarzy tylko pusty u?miech. Opu?ci? wtedy rodziców i rodze?stwo, pozbawi? ich jedynej solidnej podpory. Ale przecie? polecia? naprawia? ?wiat. Tysi?ce pyta? ko?ata?o si? w jego g?owie, tysi?ce w?tpliwo?ci i znaków zapytania. Uzna?, ?e teraz naprawi to wszystko, pomo?e, odbuduje, sprawi ?e rodzice umr? w dostatku. Tak bardzo tego chcia?. Schodz?c górsk? drog? po zboczu uk?ada? usprawiedliwienie za te 8 lat nieobecno?ci. Na ramieniu symbole porucznika, w plecaku pieni?dze i pami?tki, podarki. U boku miecz. Pochwa jego ostrza miarowo odbija?a si? nogi. Nie jego nogi. By? jej w?a?cicielem, ale nie by?a ona w?asno?ci? jego organizmu. Proteza, doskona?a, ale zawsze proteza. Jedna z pami?tek, po pewnej ?luzie, która zamkn??a si? sekund? za wcze?nie, albo to on by? o sekund? za wolny... .Teraz nie mia?o to ?adnego znaczenia. Min?? znak oznaczaj?cy granice wioski, czu? coraz wi?ksze podniecenie, chcia? biec i krzycze?: "Matko! Ojcze! Wróci? wasz syn!", ale nie by? w stanie tego zrobi?. Nie wiedzia? dlaczego, ale nie móg?. Co? by?o nie tak. Gdzie si? podziali ludzie?!. Dopiero teraz wyrwa? si? z zamy?lenia. Odwróci? si? i spojrza? na znak który min??, wygi?ty pod do?? dziwnym k?tem. Na budynki, na wybite szyby, na traw? porastaj?c? niegdy? cz?sto ucz?szczany chodnik. Na osmolone ?ciany, zawalone dachy. Jego wzrok pad? na wrak pojazdu, doszcz?tnie spalonego. Pobieg? w tamt? stron?. Zacieki na betonie pod wrakiem ?wiadczy?y o tym, ?e sta? on tu ju? par? na?cie miesi?cy. Z pojazdu przeniós? spojrzenie na pole, niegdy? uprawne, dzi? poro?ni?te dzik? ro?linno?ci?. Zacz?? biec jak tylko móg? szybko. Skr?ci? w drug? przecznic?, na rondzie pobieg? w prawo a potem prosto, prosto do domu. Mimo tych wszystkich lat drog? pami?ta? doskonale. Wreszcie stan?? przed budynkiem, który kiedy? z pewno?ci? by? jego domem. Uchyli? drzwi, nie zamkni?te a przecie? ojciec zawsze je zamyka?. Wszed? do ciemnego przedpokoju. Wsz?dzie panowa? ba?agan. Pe?no porozrzucanych drobiazgów, zbite szk?o i... poplamiony dywan. Bardzo poplamiony dywan. Krwi?. Nie myli? si?, nie móg? si? myli?. Tyle razy widzia? rozlan? krew, na mieczu, na r?kach, na ubraniu i na ziemi. Ju? wiedzia? ?e wróci? za pó?no. S?ysza? o buntach wojsk na Aragonii, ale ?eby a? tutaj, przecie? to niemo?liwe.....przypomnia? sobie nagle ulubione powiedzenie ojca: "Nasz chory wszech?wiat jest tak nie pewny, ?e wszystko mo?e si? w nim zdarzy?". Nie chcia? wchodzi? na pi?tro, wiedzia? co tam znajdzie. Odwróci? si? i wyszed? zostawiaj?c w tyle przesz?o??, jak 8 lat temu. Wychodz?c wyszepta? jedynie jedno s?owo: przepraszam. Czu? dziur? w swym sercu, jego dusza wy?a z bólu, ale jego twarz pozosta?a kamienna. Po policzku sp?yn??a pojedyncza ?za, ostatnia w jego ?yciu. Wyruszy? z powrotem, mo?e jego legion jeszcze jest na Aragonii. Wyruszy? naprawia? wszech?wiat, przecie? temu w?a?nie po?wi?ci? ?ycie, czu? jednak ?e nie tylko swoje.
Pawe? "Pawkin" Oleszek

